Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

rekolekcje-baner-630x250

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

O droga Pana

27 listopada – Droga oczekiwania (tekst poniżej)
4 grudnia – Droga słuchania (tekst poniżej)
11 grudnia – Droga ofiary (tekst poniżej)
18 grudnia – Droga wspólnoty (tekst poniżej)

 

27 listopada- DROGA OCZEKIWANIA (za ewentualne literówki przepraszam)

Na początek – klasyka gatunku: Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. Wołanie Adwentu tak bardzo zwyczajowe, że trudno się nim przejąć. Wpisane w liturgiczny rytm, pojawiające się zawsze o tej porze. I nie pozostaje nic innego jak tylko namawiać, żeby tym razem potraktować je poważnie, żeby spojrzeć na życie z perspektywy Bożej, bo to naprawdę dobry czas, żeby zobaczyć jak bardzo Bóg pragnie mieć miejsce w naszym życiu. Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu… jak pisał św. Paweł.

Gdy jednak zastanawiałem się nad tematem tegorocznych rekolekcji w czterech odsłonach, bardzo intensywnie i na różne sposoby powracała taka intuicja, właściwie pytanie co pozostanie z tego czasu który przed chwilą zakończyliśmy, z roku miłosierdzia,  z jubileuszu Chrztu Polski? Czy tylko jakieś mniej lub bardziej konkretne postanowienia o praktykowaniu uczynków miłosiernych, czy tylko przypomnienie o łasce chrztu, który przyjęliśmy –  w gruncie rzeczy nie byłoby to mało, ale czy o to chodzi? I jakby odpowiedzią stało się tegoroczne hasło roku duszpasterskiego IDŹCIE I GŁOŚCIE

 

Dlatego chciałbym w tym roku zaproponować właściwie nie rekolekcje, ale katechezę na temat mało wiązany z Adwentem choć wydaje mi się będący najważniejszą odpowiedzią na pytanie co zrobić z wezwaniem Pana? Mianowicie chciałbym te adwentowe niedziele poświęcić liturgii Mszy św., temu co przeżywamy przynajmniej raz w tygodniu, co autentycznie może, właściwe powinno stać drogą Pana – tak bardzo dotknęły mnie w tym kontekście słowa Izajasza z dzisiejszego pierwszego czytania:

«Chodźcie, wstąpmy na Górę Pana do świątyni Boga Jakuba! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami».

Często, faktycznie szukamy jakichś cudów i wyszukanych form pobożności, własnej gorliwości, bo czujemy w głębi serca, że przeciętność nas przytłacza, że coś trzeba ze sobą zrobić, ale po chwili skrzydła opadają, bo te nasze pomysły są w gruncie rzeczy tak skomplikowane, że zniechęcają… a w doświadczeniu modlitwy liturgicznej, jej powtarzalności, prostoty otrzymujemy zaproszenie, aby wejść do szkoły samego Pana – to nie przypadek, że prawosławni gdy mówią o liturgii Eucharystii, powtarzają BOSKA lituria. Bowiem te znaki, jak najbardziej ludzkie i nasze, mają przed nami otworzyć tajemnicę spotkania. Poprzez to co dzieje się na Eucharystii Bóg otwiera przed nami nowy świat. Zaprasza do spotkania z sobą, uczy jak zrobić miejsce w naszym życiu na Jego świętą obecność – czyż o coś innego chodzi w Adwencie? Spróbujmy zatem ten czas naszego Adwentu wykorzystać na spojrzenie na nowo, na to co –  każdej niedzieli a niektórzy częściej przeżywamy.

Pierwsza odsłona owej katechezy – nazwałem ją DROGĄ OCZEKIWANIA. Bo każde poważnie traktowane spotkanie musi być wyczekiwane, na jakiś sposób przygotowane. Owszem zdarzają się wcale często spotkania niespodziane i bywają one piękne, owocne, miłe jednakże nie posiadają one tego co jest jednym z największych darów Pana Boga dla człowieka – nie uwzględniają jego wolności. Mówimy przecież często w takich sytuacjach o przypadku, co bardziej uduchowieni o zrządzeniu Opatrzności. A LITURGIA to u fundamentu – akt wolności człowieka, sposób w jaki ja Boże stworzenie, chcę oddać cześć Stwórcy. Jest zwróceniem się człowieka do Boga, które On łaskawie przyjmuje, które obdarza swoją łaską, czyni bogatym, nadaje mu sens.

I tutaj pierwsza sprawa, którą warto zapamiętać (bo czasami zaciera nam się to najczęściej przez przyzwyczajenie) Msza św. jest wydarzeniem, któremu nadaje sens obecność Jezusa, ale zaprasza nas, abyśmy w to spotkanie się zaangażowali. Czasami się zdarzają takie wypowiedzi że  przecież modlić się można wszędzie … i właściwie tak, można, ale to z tą konkretną przestrzenią liturgii Eucharystii związał Bóg swą prawdziwą i rzeczywistą obecność pod postacią chleba. (to trochę tak jakbyśmy chcieli spotkać się z kimś ważnym, dostojnym  złożyć mu uszanowanie albo załatwić jakąś sprawę, i zaproszeni na taką audiencję, byśmy zaczęli wymyślać że w jego gabinecie nie bo nam się nie podoba ale można na łące). Innymi słowy zaproszenie Jezusa przekłada się na nasze zaangażowanie w liturgię, w troskę o jej piękno, zrozumienie, jak najgodniejsze sprawowanie a jednocześnie świadomość, że sensem tego czasu jest przyjęcie Boga.

Dlatego też Msza św. zaczyna się dużo wcześniej niż pierwszy dzwonek – to czas przygotowania się, czas troski o piękno liturgii, jedni robią to przez przygotowanie czytań, śpiewów, kwiatów (najczęściej to osoby konkretnie do tego wyznaczone) ale też przygotowaniem jest troska o godny strój do kościoła, o punktualność (pomijając nieszczęśliwe wypadki gdy wydarza się coś niespodziewanego, to spóźnianie się jest przepisem na nieudaną liturgię jeżeli nie znakiem lekceważenia).

Również cała początkowa część obrzędów, nazywana obrzędami wstępnymi, podporządkowana jest tej zasadniczej roli jaką jest przygotowanie do spotkania.

Wejście, czasami uroczyste w procesji czasami krótkie, jest nie tyle technicznym zabiegiem, bo przecież trzeba wejść, żeby zacząć, ale w symbolice liturgii jest zbliżaniem się do miejsca najświętszego – niekiedy porównuje się to przejście do wchodzenia na szczyt Golgoty na miejsce ofiary Krzyża. Kiedyś wejściu towarzyszył śpiew psalmów czy litanii, dzisiaj mamy tzw. śpiew na wejście. Ten moment dla kapłana naznaczony jest też bardzo osobistym gestem – ucałowaniem ołtarza – pocałunek określający że to co się wydarzy nie jest jakimś zaliczaniem obowiązku , ale związane jest z osobistym zaangażowaniem.

Znak Krzyża – bo to co się zaczyna  nie jest zwykłym czasem, to rozpoczęcie tajemnicy – spotkania z Bogiem który zbawił mnie, umarł za mnie na krzyżu – dlatego też uzupełnia ten początek oznajmienie i życzenie: Pan z wami. Jedno z powitań najbardziej niosących nadzieję, bo mówi że oczekiwanie, mój Adwent, przygotowanie na spotkanie tak naprawdę napotyka Boga już gotowego, ja się ciągle przygotowuje a On już na mnie czeka, już JEST, już do mnie wybiega. (już tutaj widać ową wielką dysproporcję – mój wkład w spotkanie i wielka gotowość Boga, a jednak On cierpliwie czeka na moje przygotowanie). I o tym mówi kolejny moment zwany AKTEM POKUTY. Czas gdy człowiek uznaje swą niegodność, dostrzega prawdę o sobie – to nie jest załatwianie przepustki do nieba (czasami myli się to ze spowiedzią zbiorową) ten etap Mszy sw. domaga się wszystkich postaw związanych z sakramentem spowiedzi z wyjątkiem wyznania grzechów. Mam uznać swoje grzechy, żałować za nie, postanowić poprawę i zadośćuczynienie. To na tej wewnętrznej postawie opiera się przygotowanie do spotkania z Bogiem, dlatego mówimy że akt pokuty gładzi grzechy lekkie, nie natomiast recytacja tej modlitwy. Kończy się ten akt, prośbą kapłana o odpuszczenie grzechów, o Boże zmiłowanie. Akt pokuty tworzy dla wchodzących w liturgię tę szczególną atmosferę autentyzmu, prawdy o sobie. Gdy szczerze wypowiadam spowiadam się Bogu… i wam bracia… nie mogę potem udawać że to co dzieje się dalej mnie nie dotyczy, przecież odsłoniłem się, uznałem swą słabość, pokazałem swą wrażliwość… w pewien sposób oddałem się w ręce Boga i braci. I właśnie taki, ogołocony z tego wszystkiego co mnie chroni, co ukrywa prawdę o mnie, zostaje zaproszony do modlitwy. Módlmy się to nie jest pobudka dla tych którzy zdążyli się już zdrzemnąć… to wskazania na zasadnicze przesłanie liturgii – ZWRÓĆ SIĘ DO BOGA, pomyśl po coś tu przyszedł, chcesz o coś prosić, chcesz za coś dziękować, a może przepełnia cię radość i chcesz uwielbiać, a może boisz się i chcesz się schować, a może wstydzisz i tylko przepraszasz… takie zaproszenie do sformułowania siebie kryje się za owym MÓDLMY SIĘ.

Czas Adwentu, czas oczekiwania, warto sięgnąć do tego narzędzia którego używamy już tyle lat, przynajmniej każdej niedzieli, żeby odkryć jego głębię i piękno

ZADANIE DOMOWE

Proszę znaleźć chwilę w ciągu tygodnia, wybrać jedną z części obrzędów wstępnych, znak, modlitwę i przez jakieś 10-15 min. spróbować zobaczyć jakie to słowo ma znaczenie dla mnie osobiście, gdy na przykład robię znak krzyża, czy odmawiam akt pokuty o czym myślę, co dla mnie jest ważne, czego ode mnie oczekuje Pan Jezus dzisiaj. Aby choć chwilę być sam na sam z częścią świętej liturgii.

4 grudnia – DROGA SŁUCHANIA (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. W POPRZEDNIEJ ODSŁONIE

W ubiegłym tygodniu zatrzymywaliśmy się na DRODZE OCZEKIWANIA, przyglądając się obrzędom wstępnym Liturgii Eucharystii (zresztą tego też dotyczyło zadanie domowe – którego oczywiście nie będę sprawdzał). Odkrywaliśmy jak, krok po kroku, rozpoczęcie Mszy św. podprowadza nas do spotkania z Chrystusem, uświadamiając, jak bardzo ta relacja wychodzi poza zwykłe spędzanie czasu – przygotowanie przed Mszą św., znak krzyża, ucałowanie ołtarza, akt pokutny – mają za zadanie przygotować miejsce dla Boga w naszych sercach, na autentyczne spotkanie, Na koniec modlitwa zwana KOLEKTĄ czyli zebraniem, gdzie kapłan w symbolicznym wymiarze przedstawia to z czym każdy z nas przyszedł na liturgię. Dodać tutaj trzeba istotny, szczególnie dla dzisiejszych rozważań, wymiar tej części Mszy św. – wezwanie MÓDLMY SIĘ przywołuje każdego z nas do istoty liturgii, zapraszając do zaangażowania całego siebie w to spotkanie: uczucia, wola, ale też rozum – bo z Bogiem spotyka się człowiek, a nie jego część…

  1. DROGA SŁUCHANIA

Dzisiaj też dotknąć chcę kolejnego, istotnego wymiaru przeżywania liturgii, bardzo mocno domagającego się zaangażowania rozumu właśnie, (co nie oznacza oczywiście, że emocje i wola mają zostać gdzieś zapomniane). DROGA SŁUCHANIA, mianowicie Liturgia Słowa, która jest następną częścią Mszy św. Postać św. Jana Chrzciciela – proroka Adwentu w taki bardzo szczególny sposób otwiera dla nas drogę dzisiejszych rozważa, szczególnie gdy wsłucha się w tę biblijną definicję jego powołania: «Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego».

Ale myślę też, że pomocne będzie krótkie spojrzenie wstecz, w historii Mszy św., aby odkryć znaczenie tego etapu Eucharystii… cofnijmy się w czasie, przed soborem pierwsza część Mszy św. nazywała się tradycyjnie MSZĄ KATECHUMENÓW, nazwa przywoływała praktykę Kościoła starożytnego, który pozwalał osobom dorosłym, jeszcze nie ochrzczonym, ale przygotowującym się do przyjęcia tego sakramentu, uczestniczyć w części Eucharystii, gdzie słuchano Słowa Bożego, modlono się wspólnie i umacniano w wierze… natomiast, gdy zaczynało się składanie ofiary Eucharystycznej, wypraszano nieochrzczonych, bo nie należeli jeszcze do wspólnoty, a przecież miała się dokonać WIELKA TAJEMNICA WIARY (tak na marginesie lepiej rozumie się wtedy słowa, które wypowiada kapłan zaraz po przeistoczeniu i podniesieniu, a którymi zajmiemy się na dalszych etapach naszych rozważań). W każdym razie ten czas słuchania wynikał z wielkiej nadziei uczniów Chrystusa, że On przyjdzie ponownie już niebawem – adwentowe wołanie maranatha – przyjdź Panie Jezu, to odzwierciedlenie tej nadziei. W pierwszych dziesięcioleciach istnienia Kościoła owa nadzieja graniczyła z pewnością, że jeszcze za życia tego pokolenia Jezus powróci – dlatego każda niedzielna Eucharystia, która tradycyjnie odprawiana była wczesnym rankiem poprzedzona była całonocnym czuwaniem, przygotowaniem – słuchaniem Słowa Bożego i modlitwą właśnie (do dzisiaj pozostaje nam pamiątka tej postawy w postaci Wigilii Paschalnej przed Wielkanocą z jej siedmioma czytaniami, obfitością znaków, symboli, śpiewów). Z tego też wyrasta dzisiejsza liturgia Słowa, nie jest już co prawda czasem kojarzonym z oczekiwaniem, a bardziej z pouczeniem, wsłuchiwaniem się w wolę Pana Boga, modlitwą wspólnoty.

Zwróćmy uwagę, że układ tego etapu Eucharystii, również podporządkowany jest poznawaniu znaków Bożych. Najpierw czytania, trochę kolejność myląca, pojawiają się postulaty, aby zmienić kolejność czytań, bo szczególnie w niedzielę najpierw otrzymujemy fragment ze Starego Testamentu tzn. zapowiedź tego co ma dokonać się wraz z przyjściem Jezusa. Przez tysiące lat, za pośrednictwem Narodu Wybranego Bóg przygotowywał ludzkość na to wielkie wydarzenie – gdy Bóg staje się człowiekiem, na WCIELENIE. I właśnie w małych fragmentach, w liturgii mamy przypomnieć sobie ten etap, zapowiedź, czasami to trudne, niezrozumiałe, potrzebne jest wyjaśnienie, poszukiwanie odpowiedzi na pytania, ale to jest pierwsze czytanie i związany z nim psalm (psalmy to uprzywilejowane modlitwy Starego Testamentu, dlatego w kontekście I czytania modlimy się, tak jak modlili się Żydzi, trwamy przez chwilę w takiej zadumie nad zapowiedzią) i właściwie potem powinniśmy usłyszeć fragment Ewangelii, bo w niej zapisano to co wypełniło zapowiedź, Jezus przychodzi, aby już nie tylko obietnica, ale Jego łaska nas budowała – SŁOWO STAŁO SIĘ CIAŁEM. I w II czytaniu odnajdujemy tego konsekwencje tzn. jak wspólnota Kościoła zaczęła żyć tym Bożym darem, jak zmienia się człowiek pod wpływem spotkania z Jezusem i Jego Ewangelią. (kiedyś zdarzało się w liturgii, że to czytanie zastępowano np. życiorysem świętych, albo opisem męczeństwa jakiegoś męczennika – miało to dokładnie takie znaczenie, Kościół przez to mówił popatrz jak w tym konkretnym człowieku zadział Bóg, jak zmienił jego postępowanie, jaką napełnił go odwagą – Jaką Ewangelia ma moc).

Po czytaniach zazwyczaj ma miejsce HOMILIA, czyli współczesne odczytanie Bożego Słowa – rożnie to z tym wygląda, ale z zasady ta część jest też bardzo osobistą odpowiedzialnością kapłana za liturgię, za wyjaśnienie i pomoc w zrozumieniu Słowa Bożego, co nie znaczy że jest zarezerwowana dla księży, to również jest czas, aby każdy uczestnik Eucharystii zdał sobie pytanie, jak ten znak Słowa do niego przemawia. I tutaj warto podkreślić jedną praktyczna wskazówkę. Często narzekamy, że treść czytań zupełnie nam umyka, że po liturgii słowa właściwie nic nie pamiętamy, bardzo bym zachęcał, żeby do tej liturgii się przygotować, najprościej to przeczytać czytania na niedzielę (wiele kalendarzy katolickich podaje namiary na czytania, a nawet całe teksty, w internecie chociażby http://fredry.pl/slowo-na-dzis) – naprawdę poznając wcześniej tekst zupełnie inaczej się go słucha, o wiele więcej dociera, oczywiście można w tym przygotowaniu iść dalej poszukać komentarzy,  rozważań – no jest w tym ryzyko, że homilie będą surowiej oceniane, ale dobrze ponieść to ryzyko).

Idźmy jednak dalej, bo kolejnym znakiem tej części liturgii jest WYZNANIE WIARY, gdy jesteśmy zaproszeni, aby w ten sposób odpowiedzieć na usłyszane  Słowo – wyznanie wiary to nie tylko formalny tekst deklaracji, ale autentyczna odpowiedź. Oczywiście potrzebna jest odpowiedź życia, aby Słowo Boże zmieniało nasze postępowanie, jednak u podstaw zawsze będzie przylgnięcie do Boga… gdy wypowiadam to osobiste WIERZĘ (zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej) mówię o mojej decyzji bycia blisko Boga, o przyjęciu Jego świętej woli, o oddaniu się w Jego ręce. W tym doświadczeniu liturgii, słowa te przestają być tylko informacją czy deklaracją – mówię w co wierzę – stają się natomiast opisem mojego życia – dlatego, że słuchałem Słowa Bożego to moje życie już nie jest takie samo.

Aby wejść na jeszcze bardziej zaawansowany etap relacji – MODLITWA POWSZECHNA – bo wierzyć oznacza z ufnością rzucić się w ramiona Ojca, to znaczy powierzyć Mu swoje troski, uznać że bez Bożego działania żadne moje plany nie będą mogły być zrealizowane. Co prawda w naszej praktyce zatraciliśmy trochę ten znak, bo zbyt symbolicznie formułujemy prośby, często abstrakcyjne i trudno trochę w tak dużej grupie przejść do wypowiadania osobistych intencji, ale przynajmniej spróbujmy dzisiaj w chwili modlitwy powszechnej, dla siebie osobiście sformułować tę konkretną prośbę do Boga, jako znak naszej wiary, jako konsekwencję naszego CREDO – ale tym już szerzej za tydzień, jak Pan Bóg pozwoli

A KOLEJNE ZADANIE DOMOWE, które mam nadzieję stanie się zwyczajną praktyką, to: proszę znaleźć w tym tygodniu chwilę czasu, odnaleźć czytania na przyszłą niedzielę, przeczytać je i zadać sobie pytanie: co do mnie mówi Bóg w tym Słowie i gdzie potrzebuję Jego konkretnej pomocy, aby zacząć żyć Jego wolą?

 

11 grudnia – DROGA OFIARY (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. W poprzednich odsłonach

Tegoroczne rozmyślania adwentowe poświęcone są temu szczególnemu narzędziu spotkania z Chrystusem, jakim jest liturgia Mszy św.. Do tej pory spojrzeliśmy na rozpoczęcie Mszy św., które jest swoistym wprowadzeniem, przygotowaniem do spotkania, a także rozważyliśmy czas słuchania – Liturgię Słowa, gdzie spotykamy Boga, który pragnie nas kształtować na swoje podobieństwo – słuchając Słowa Bożego – jesteśmy zaproszeni do tej szczególnej szkoły, gdzie owocem nie jest tylko nauczenie się czegoś, przyswojenie jakiejś mądrości, nawet Bożej mądrości, ale wejście w zażyłość z Bogiem, taką silną więź, że nie będzie nam wstyd zwrócić się do Niego z najbardziej osobistymi i intymnymi sprawami (do tego prowadzą nas czytania z Nowego i Starego Testamentu, wyznanie wiary i modlitwa powszechna)

  1. Droga ofiary

Dzisiaj spróbujemy kontemplować tajemnicę – celowo nie mówię o poznaniu, bo to akurat jest niemożliwe. Kolejne chwile liturgii, które przeżywamy pod wspólną nazwą LITURGII EUCHARYSTYCZNEJ, tworzą przestrzeń spotkania, a nie zrozumienia do końca. (to trochę tak jak mężczyzna i kobieta, którzy się spotykają i nagle odkrywają, że są dla siebie niezwykle ważni – mówimy zakochują się – to doświadczenie, które może nieudolnie, ale obrazuje to o czym mówimy: spotkanie, które nie rości sobie pretensji do odkrycia kart, do intelektualnego stworzenia definicji, wyraża się w 100% w byciu razem, a nie w rozpoznawaniu swoich tajemnic) – DROGA OFIARY wydaje się najlepszą nazwą na ten etap naszych rozważań, bo faktycznie zaproszeni jesteśmy do uczestniczenia w ofierze, która dokonuje się na Krzyżu (i tutaj nie pomyliłem czasu gramatycznego – DOKONUJE SIĘ a nie dokonała), a jednocześnie w sposób niewyobrażalny wprowadzeni jesteśmy do uczestniczenia w niej. Również przez nasze osobiste odkrycie jak nic nie zależy od nas… to misterium, tajemnica (nie dlatego, że nic o niej nie wiemy, ale dlatego, że przekracza nasze ludzkie możliwości).

I to doświadczenie w liturgii rozpisane jest na cały szereg akcentów (niestety czas nie pozwala nam na szczegółowe choćby dotknięcie wszystkich, ale spójrzmy na niektóre:

PRZYGOTOWANIE DARÓW – pozornie techniczny moment, niegdyś faktycznie w tym miejscu znoszono dary dla ubogich – taka nasza CHARYTATYWNA TYTKA – tylko każdej niedzieli, (stąd zresztą obrzęd umycia rąk przez kapłana, bo trzeba było to zrobić gdy przyjęło się te wszystkie wiktuały, jak również składka zbierana w tym miejscu liturgii), ale to nie tylko technika, to znak nadprzyrodzonego zetknięcia się sacrum i profanum. Dary: chleb ,wino i woda są owocem pracy człowieka, który jednak uznaje, że otrzymał je i tak od Boga. Przepiękna modlitwa błogosławieństwa, która najczęściej jest odmawiana szeptem przez księdza, wyraża to w całej pełni: Błogosławiony jesteś, [..] bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy chleb (wino), * który jest owocem ziemi i pracy rąk ludzkich; * Tobie go przynosimy, * aby stał się dla nas chlebem życia (napojem duchowym). Misterium zaczyna się od odkrycia tego nierozerwalnego związku – wszystko otrzymujemy od Boga – ale stajemy się odpowiedzialni za to. Z tego przekonania wypływa modlitwa dziękczynna zwana PREFACJĄ – z tym krótkim dialogiem, pobudką: Pan z wami – i z duchem twoim/ w górę serca – wznosimy je do Pana/ dzięki składajmy Bogu naszemu – godne to i sprawiedliwe  – zwróćmy uwagę o czym wtedy mówimy – to serce naszej modlitwy – WDZIĘCZNOŚĆ – gdy odkrywamy naszą właściwą relację do Boga – Tego który jest źródłem wszystkiego, dlatego na końcu prefacji śpiewa się hymn nieba – ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWIĘTY – tak wielbią Boga aniołowie. jak zapisuje Apokalipsa.

I faktycznie w tym miejscu, wchodzimy do najświętszego – rozpoczyna się WIELKA TAJEMNICA WIARY – modlitwa eucharystyczna. W której jesteśmy zaprowadzeni na szczyt Golgoty, aby uczestniczyć w ofierze krzyża, schodzimy w ciemność grobu, aby uczestniczyć w Zmartwychwstaniu. Brzmi to oczywiście nierealnie i abstrakcyjnie, ale istotą tej chwili jest ofiara Jezusa, która się dokonuje. Nie mówimy o pamiątce tych wydarzeń, w sensie wspominania (onego czasu się wydarzyło), ale dokonuje się w tym miejscu i chwil, choć bezkrwawo, ofiara Chrystusa, który sam wybrał chleb i wino, jako znaki swego ciała i krwi, i czyni cud PRZEISTOCZENIA tzn. chleb i wino przestają nimi być, a stają się JEGO CIAŁEM I KRWIĄ – prawdziwą, rzeczywistą, choć pod postacią chleba i wina – jeżeli powtarzamy po przeistoczeniu – OTO WIELKA TAJEMNICA WIARY – to odnosi się to do tej prawdy. Niegdyś, jak już wspominałem, bardzo dosłownie traktowano pojęcie tajemnicy, nie pozwalając wręcz patrzeć na ten moment (wypraszano katechumenów, opadały zasłony na ołtarz, lub jak do dziś w cerkwi – ołtarz od wiernych oddzielony jest ścianą ikon – ikonostasem). Bo ma dokonać się cud, Bóg w swoim ciele i krwi będzie obecny na ołtarzu. – stąd ten wielki dyskurs wokół czci oddawanej Najświętszej Eucharystii i różnych jej form – o czym mam nadzieję powiemy sobie w przyszłym tygodniu.

MODLITWA EUCHARYSTYCZNA, a w niej w geście zwanym EPIKLEZĄ prosimy o dar Ducha św. który mocą Boga dokona cudu, potem wspominamy ten czas w wieczerniku, gdy Chrystus po raz pierwszy, uprzedzając dzień męki, złożył ofiarę, ale wspomnienie to nadzwyczajne, przekraczające tylko taki historyczny wymiar… WIELKA TAJEMNICA, bowiem w sakramencie dzieje się, to co wówczas miało miejsce – kapłan w czasie teraźniejszym wypowiada najważniejsze słowa Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje […].To jest bowiem kielich Krwi mojej. I w tym kontekście rzeczywistości, realizmu Kościół powierza obecnemu rzeczywiście Bogu całą wspólnotę, z papieżem, biskupami, (kiedyś odczytywano całą listę biskupów różnych Kościołów na znak jedności całego kościoła) z kapłanami i całym ludem, ale przecież to nie cały Kościół, dlatego w tej modlitwie jest również przyzywanie świętych, którzy poprzedzili nas na drogach wiary, jest również modlitwa wstawiennicza za zmarłych. Przecież stoimy wobec Boga jak to pięknie ujmuje jedna z modlitw:  ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia *i dziękujemy, że nas wybrałeś, * abyśmy stali przed Tobą i Tobie służyli.  A zatem nie można inaczej, jak tylko w tej wielkiej wspólnocie, nawet, jeżeli kilka osób gromadzi się wspólnie, to przed Bogiem pojawiamy się razem, żyjący i zmarli, święci i grzesznicy, duchowni i świeccy.

I to co najważniejsze ta wspólna obecność nie jest tylko ludzkim zgromadzeniem, tylko wspólnotą – misterium Eucharystii, ta wielka tajemnica gromadzi nas wokół Chrystusa dlatego tę część Mszy św. podsumowuje niejako przypomnienie i wołanie Przez Chrystusa, z Chrystusem i w  Chrystusie… bo to jest istota tej ofiary, aby w końcu otrzymać dar nieopisany – możliwość zjednoczenia z Bogiem – życie w komunii z Bogiem… ale o tym to już może następnym razem

  1. ZADANIE DOMOWE

A jako zadanie domowe tym razem, zapraszam na chwilę w tygodniu do Kościoła, poza liturgią Mszy św. na chwilę adoracji, tzn. usiądźcie sobie Państwo w ciszy, zapatrzcie się na tabernakulum i zatęsknijcie do spotkania. Nie do zrozumienia, do zrealizowania waszych potrzeb i próśb, ale do spotkania właśnie, do chwili gdy można być z Bogiem w intymnej zażyłości, jedności i komunii.

 

18 grudnia – DROGA WSPÓLNOTY (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. W poprzednich odsłonach

Na drogach adwentowego przygotowania, w ubiegłych tygodniach, próbowałem, w dość dużym skrócie, ukazać liturgię Mszy św., jako narzędzie, które Pan Bóg wkłada w nasze ręce kształtując w nas przestrzeń spotkania ze sobą. Obrzędy wstępne – przygotowują, wprowadzają nas w to spotkanie, Liturgia Słowa formuje klimat zawierzenia, przygotowując nasze serca do osobistego przeżycia tego wydarzenia, Liturgia Eucharystyczna konfrontuje nas z WIELKĄ TAJEMNICĄ, zapraszając do tego, abyśmy stali przed Panem i Jemu służyli.

  1. Droga wspólnoty

I właściwie wydawać by się mogło, że najważniejsze już za nami, teraz tylko, jakoś to zakończyć i wrócić do rzeczywistości – BOSKA LITURGIA przecież dotarła do swego centrum – wyznajemy wiarę, że pod postacią chleba i wina obecny jest w sposób rzeczywisty i prawdziwy Jezu Chrystus – Syn Boży, adorujemy Go, oddajemy Mu chwałę… Jednakże tajemnica liturgicznej modlitwy, w swoich znakach i słowach, ani na chwilę nie wyhamowuje. MODLITWA EUCHARYSTYCZNA uroczyście podsumowana, przypomnieniem, że wszystko to co do tej pory robiliśmy, odnajduje swój sens i prawdziwe znaczenie …w Chrystusie, z Chrystusem i przez Chrystusa… realizuje się w słowach, powtarzanych przez każdego z nas od wczesnych lat dziecinnych. OJCZE NASZ w tym eucharystycznym kontekście, stają się czymś więcej niż zwyczajną formułą modlitewną… są deklaracją Boga samego, że jesteśmy traktowani jako dzieci. I to nie jest ładna, romantyczna figura retoryczna (tak jak to czasami się mówi żeby podkreślić szczególną więź: coś w stylu traktował mnie jak syna co rozumiemy że mógł być dla mnie obcy ale zrobił wyjątek i jakoś tam mnie uprzywilejował). Bóg przyjął nas jako przybrane dzieci i dając nam słowa Ojcze nasz… zadeklarował, że ze swojej decyzji się nie wycofa. A jednocześnie przychodzi moment, aby wybrzmiała w liturgii radosna wieść, że wobec Niego nie stajemy osamotnieni. Owo nasz w tej modlitwie niesie ze sobą mocny przekaz o tym, że stajemy przed Bogiem we wspólnocie, że jakkolwiek nie przeżywalibyśmy tej chwili osobiście, nawet intymnie, to dla Boga jesteśmy dziećmi, wobec Jezusa i wobec siebie braćmi i siostrami (nawet jeżeli w formach zwracania się do siebie czasami może to brzmieć nieco pretensjonalnie) to stan faktyczny naszej relacji jest właśnie taki (w końcu w naszych rodzinnych układach, też nie w każdym wypadku rodzeństwo budzi w sobie tylko pozytywne emocje).

I dlatego wśród znaków liturgii dwa elementy, w gruncie rzeczy bardzo emocjonalne. Pierwszy z nich, noszący grecką nazwę EMBOLIZM – to rozwinięcie ostatniej prośby modlitwy Pańskiej: …zbaw nas ode złego… pojawiła się ta modlitwa we wczesnym średniowieczu, najprawdopodobniej w okolicznościach jakiegoś konkretnego zagrożenia wojną i faktycznie brzmi jak takie uporczywe przypominanie… jak ktoś gdy bardzo się boi, bardzo mu zależy i mówi … ale nie zapomnij prosiłem cię wybaw mnie ode złego, pomóż mi, i taka jest ta modlitwa, dziecka które w swej bezradności dopomina się wypełnienia obietnic ….od zła wszelkiego. To pierwsza realizacja tej szczególnej więzi, która wyrażała się w modlitwie OJCZE NASZ

A drugi symbol to ZNAK POKOJU – bo przecież faktem jest że ta wspólnota połączona obecnością Boga, wcale nie jest idealna… potrzeba zatem, aby to co burzy jedność: wzajemne żale, uprzedzenia, popełnione winy, zostały załatwione. Czasami gubi nam się ten symbol, bo na Mszy św. obok nas stoją albo zupełnie obce osoby, albo nasi bliscy i lubiani… i tak niezobowiązująco kiwamy sobie głowami, albo nawet podajemy ręce. Jednak pełnię tego znaku możemy odkryć szczególnych chwilach, czasami na pogrzebach proszę uczestników, aby w tym momencie nie zwracali zbytniej uwagi na tych, którzy stoją obok, ale tak konkretnie w tym momencie przebaczyli ewentualne winy zmarłemu, a jeżeli ktoś wobec niego zawinił, żeby prosił o wybaczenie bo to ostatni taki moment na tej ziemi. I znowu ten znak powraca do modlitwy Pańskiej, gdzie wołamy: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom (czasami modlitwa ta może stać się wyrokiem – bo Pan tak nam odpuści nasze winy, jak i my odpuszczamy).

Jak widzimy, cała ta część liturgii, zwana OBRZĘDAMI KOMUNII, zmierza do budowania szczególnej więzi miedzy ludźmi, która uzdolni nas do przyjęcia daru najistotniejszego, do zjednoczenia się z Bogiem. Nawet taki drobny, dla większości niedostrzegalny gest, gdy tuż po znaku pokoju kapłan wrzuca okruch Świętej Hostii do kielicha jest pamiątką starożytnego gestu w liturgii papieskiej, gdy Papież odprawiając Mszę św. rozsyłał na znak jedności, po kawałku hostii do wszystkich kościołów Rzymu, którą wkładano do kielichów w czasie odprawiania Liturgii – to też był znak że choć w wielu miejscach to sprawowana jest ta sama Msza św.

I wreszcie KOMUNIA ŚW. – pokarm na życie wieczne, zjednoczenie z Chrystusem, stawanie się jednością z Nim. Bóg zaprasza do karmienia się swoim ciałem, do przyjmowania jego zbawczej mocy, dlatego wszystkie te znaki które wcześniej w liturgii przeżywaliśmy zostają niejako w tym geście podsumowane. Co więcej wychodzą poza jakiś symboliczny wymiar, Bóg w tym miejscu sakramentalnego znaku zaplanował realne posilanie się Jego Ciałem i Krwią. W sposób rzeczywisty Jego Ciało i Jego Krew przenikają nasze życie – to dlatego w tym miejscu tak radykalnie domaga się naszego zaangażowania

– najpierw poprzez rzeczywiste oderwanie się od grzechu – stan łaski uświęcającej – bo skoro ŚWIĘTY staje się jednością z człowiekiem…;

– poprzez zewnętrzny znak naszej zgody na takie zjednoczenie: gdy przystępuję do Komunii słyszę jednoznaczne objawienie prawdy która się dzieje: CIAŁO CHRYSTUSA i jakże ważna odpowiedź AMEN – tzn. tak jest, w niektórych miejscach odpowiadają WIERZĘ. Bo to jest wolność człowieka, szanowana przez Boga, że dokonuje się zjednoczenie, komunia.

– I wreszcie ważnym znakiem naszego radykalnego zaangażowania jest postawa  w której przyjmuję Ciało Jezusa – czy to będzie klęcząca – bardziej podkreśla się wtedy adorację, czy też stojąca – która akcentuje bardziej gotowość oddania się Jezusowi i gotowość realizowania Jego woli. Te postawy są porównywalne (tak sami jak przyjmowanie Komunii na rękę i bezpośrednio do ust) pod warunkiem, że są szczere, że ukierunkowane są tylko na Jezusa, z którym mogę się zjednoczyć, a nie coś komuś mają udowodnić. (na marginesie zawsze w liturgii zachęcało się do utrzymywania jednolitości, właśnie w imię podkreślenia braterskiej jedności, tzn. jeżeli w jakiejś parafii wszyscy przyjmują komunię na stojąco to w imię braterskiej jedności, nawet jeżeli mam inne zwyczaje też tak robię, przynajmniej unika się pokusy dosyć pysznej myśli że jestem lepszy od innych, podobnie w drugą stronę, wszyscy przyjmują na klęcząco, też tak robię, bo przecież istotą jest przylgnięcie do Chrystusa).

Komunia św. jest też czasami chwilą niezwykle bolesnej tęsknoty, dla tych którzy na skutek różnych wydarzeń nie mogą sakramentalnie zjednoczyć się z Jezusem… w liturgii nie ma tutaj znaku, ale wierzymy przecież w Boga obecnego, który działa cuda i ufam że również ta tęsknota, jest przez Niego słyszana. Tak bardzo że słowa które kończą BOSKĄ LITURGIĘ w każdym przypadku są skuteczne: IDŹCIE, W POKOJU CHRSYTUSA posłanie wraz z błogosławieństwem rozszerza to liturgiczne spotkanie na całe nasze życie.

I przyjmijcie Państwo już dzisiaj najserdeczniejsze życzenia, aby ten czas świętej Liturgii, spotkania z Jezusem faktycznie owocował w naszym życiu, to naprawdę nie jest przypadek, że Adwent w tym roku połączył się z rozważaniem znaków Eucharystii, bo przecież o cóż innego chodzi w tym czasie, jak nie o odnowienie wiary, że Bóg prawdziwy się rodzi, staje pośród nas i karmi nas swoim Ciałem….

A zadanie domowe… równie oczywiste i równie trudne jak dotychczas: spróbujmy, moi drodzy, umacniać naszą wierność Chrystusowi z dnia na dzień. Tak to jest, że Eucharystia jest cudem, jest nadzwyczajna i jest najświętsza, bo Bóg przychodzi, ale też Eucharystia jest codziennością, zwykłością i koniecznością, z tego samego powodu, bo Bóg przychodzi.

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

 

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

Miłosierdzie odmieniane przez osoby

29 listopada – Miłosierdzie i ja (tekst całości poniżej)
6 grudnia – Miłosierdzie i ty (tekst całości poniżej)
13 grudnia – Miłosierdzie i On (tekst całości poniżej)
20 grudnia – Miłosierdzie i my/wy/oni (tekst całości poniżej)

 

I nauka (mogą pojawić się błędy i „literówki” – przepraszam)

  1. Jest taka baśń…

Był sobie raz ubogi książę. Miał księstwo, maleńkie, lecz wystarczająco duże, by mógł się ożenić. A żenić się bardzo chciał… i rozpoczął procedurę przygotowawczą… książę zapakował w szkatułki dwie najcenniejsze rzeczy jakie posiadał, tj. kwiat przecudnie  pachnącej róży, który zakwitał tylko raz na pięć lat i słowika, który tak śpiewał jakby miał w gardziołku wszystkie najpiękniejsze melodie. To miała otrzymać córka cesarza. I tutaj zaczyna się akcja: Cesarz rozkazał przynieść szkatułki do wielkiej sali, gdzie bawiła się księżniczka z damami dworu. Gdy ta ujrzała szkatułki zaklaskała z radości.  – żeby to był kotek – zawołała.. ale jej oczom ukazała się róża – oh jak ładnie zrobiona – powiedziały damy dworu. Ale księżniczka dotknęła róży i była bliska płaczu – a fe papo – ona nie jest sztuczna, tylko prawdziwa!

– zanim zaczniemy się złościć zobaczmy co jest w drugiej szkatułce – uspakajał cesarz… i pokazano słowika który zaśpiewał przecudnie jak na zamówienia – przepięknie… przypomina pozytywkę…

– ale chyba nie jest prawdziwy? – spytała księżniczka… – tak, to prawdziwy ptak – odpowiedzieli słudzy którzy przenieśli prezenty… – a to niech sobie leci – i księżniczka nie zgodziła się na spotkanie z księciem… potem to już cała  historia która znamy pod tytułem Baśń o Świniopasie.

2. Tajemnica miłosierdzia…

Moi Kochani, rozpoczynając tegoroczny Adwent, zostajemy obdarowani dwoma szczególnymi darami: rozpoczynamy rok Jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski i za kilka dni rozpocznie się Rok Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. Dwa wielkie tematy, które mają nie tyle towarzyszyć nam ale ukształtować naszą drogę z Panem Jezusem.

Tego typu tematom niestety towarzyszy pewne zagrożenie – stąd ten wstęp z baśni o Świniopasie – mianowicie łatwo jest potraktować je jako mało istotne hasła, pojawiające się na banerach reklamowych, ślizgające się po powierzchni naszej świadomości – właśnie dlatego że zupełnie nie odpowiadają naszym oczekiwaniom… jak u księżniczki chciała kotka albo zabawkę a otrzymała cenne i rzadkie piękno, które jednak domaga się odrobiny dojrzałości, aby mogło być docenione.

Stąd też chciałbym w tym roku zaproponować wspólną refleksję nad tajemnicą miłosierdzia… która będzie próbą poszukiwania odpowiedzi na pytanie, co znaczy owo tak silnie obecne w naszej kościelnej rzeczywistości wezwanie do MIŁOSIERDZIA. Dokument, w którym papież Franciszek, zapowiada Jubileusz miłosierdzia, wskazuje na kilka możliwych kierunków tej refleksji, między innymi  Papież pisze: Jest moim gorącym życzeniem, aby chrześcijanie przemyśleli podczas Jubileuszu uczynki miłosierdzia względem ciała i względem ducha. (i to życzenie Ojca św. chciałbym abyśmy spełnili w dwie kolejne niedziele Adwentu – II i III). Myślę że dobrze by było gdybyśmy w duchu bezpośredniego przygotowania do Bożego Narodzenia w IV niedziele adwentu zobaczyli konkrety naszych postaw, propozycji gdzie miłosierdzie można odkryć niejako w relacji do osób wokół nas. A dzisiaj chciałbym abyśmy zatrzymali się na pytaniu zasadniczym i fundamentalnym, próbując jasno określić o czym myślimy gdy odmieniamy przez wszystkie przypadki słowo MIŁOSIERDZIE.

We wspomnianym dokumencie papież Franciszek pisze: Potrzebujemy nieustannie kontemplować tę tajemnicę miłosierdzia. […] Miłosierdzie: to najwyższy i ostateczny akt, w którym Bóg wychodzi nam na spotkanie. […] Miłosierdzie: to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu.

Co to w gruncie rzeczy oznacza? Bóg wychodzi nam na spotkanie i …otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu. Wydaje się że przede wszystkim oznacza to potrzebę człowieka, który sam z siebie może niewiele i może coraz mniej. Tryumfalne przekonanie o nieograniczonej niczym zdolności człowieka do samorealizacji można już od dawna odłożyć do kartonika z pomysłami nierealnymi o co gorsza raczej naiwnymi. Popatrzmy szeroko na relacje społeczne, gdzie jeden drugiemu z zapałem skacze do gardła tylko dlatego że ma inne poglądy na taką czy inna sprawę, gdzie jeden przed drugim żyje w strachu bo za chwilę może się okazać jest śmiertelnym zagrożeniem, gdzie fundamentalne cnoty życia społecznego, takie jak solidarność, gościnność, zaufanie legły w gruzach bo samorealizujący się człowiek wymyślił sobie że wystarczy się tolerować żeby wszystko w społecznościach działało. Popatrzmy też na relacje bliższe, takie jak relacje rodzinne… w ilu przypadkach, bezrefleksyjne pragnienie osiągnięcia własnego sukcesu, bez patrzenia na pragnienia i potrzeby tych najbliższych staje się bezpośrednią przyczyną rozpadu małżeństw, cierpienia dzieci… mit o samowystarczalności człowieka jest bardziej nierealny niż opowieść o Świniopasie. I może to radykalne ujęcie rzeczywistości jednak jeżeli prawdą jest  że Potrzebujemy nieustannie kontemplować tę tajemnicę miłosierdzia… to właśnie dlatego że ratunkiem dla świata pozostaje odkrycie i uznanie prawdy że potrzebuję Zbawcy.

3. Sprawiedliwość – owocem miłosierdzia

Oczywiście wielkim nieporozumieniem byłoby, gdyby potrzebę MIŁOSIERDZIA pomylić z bezradnym szukaniem ratunku. Bo faktycznie wtedy łatwo byłoby zabłądzić w marksistowska wizję religii rozumianej jako opium dla ludu, albo postawę naiwnego zamykania oczu na rzeczywistość. Wtedy tez Bóg Miłosierny stawałby się czarodziejem który magiczną mocą ma zmienić zło w dobro, czarne w białe, smutek w radość. Jeżeli Miłosierdzie: to jest słowo, które objawia Przenajświętszą Trójcę. […] jest [ono] podstawowym prawem, które mieszka w sercu każdego człowieka, gdy patrzy on szczerymi oczami na swojego brata, którego spotyka na drodze życia. – jak chce Ojciec Święty, to koniecznie musimy zobaczy że ten wielki dar Pana Boga przynosi nam ważną konsekwencję: Owocem Miłosierdzia jest sprawiedliwość. Często wyobrażamy sobie mówiąc o miłosierdziu tylko pierwszy krok, ktoś upadł to go podnoszą, zbłądził to go odnajdują, zgrzeszył, zrobił źle to mu przebaczają. Jakże miłosierny jest Ten, który potrafi pomóc, podnieść, przebaczyć … ale trzeba też zobaczyć drugi krok. Po co rodzic podbiega do dziecka, które się ucząc chodzić, przewróciło się? Żeby podnieść, ale czy tylko czy nie ważniejszym celem jest to żeby mogło zrobić kilka kroków dalej. Oczywiście, prawie pewnym jest że to dziecko znowu upadnie, bo uczy się chodzić, ale jego upadek nie jest celem, celem jest aby stało na własnych nogach. Gdy Bóg w swej dobroci podbiega do człowieka, kocha go pomimo upadków, to przecież nie po to żeby ten człowiek mógł być sobie dalej zły, grzeszny i upadły, ale po to aby go podźwignąć i mimo wszystko że by zrobił kilka kroków dalej w sprawiedliwości.

Gdy mówię MIŁOSIERDZIE odkryć muszę Ojca który pragnie dobra dla swojego dziecka, który pragnie dla niego szczęścia, a nie tylko świętego spokoju. Tutaj dotykamy wielkiej tajemnicy chrztu do której przyjdzie nam jeszcze powrócić nie jeden raz.

księżniczka z baśni o Świniopasie nie zgodziła się na spotkanie z księciem bo była rozwydrzoną cesarską córką, która nie mogła zobaczyć piękna ofiarowanych jej darów, bo za głupia jeszcze była aby spoglądać dalej, poza drobne radości wynikające z zabawy sztucznym słowikiem… gdy otrzymujemy dar MIŁOSIERDZIA możemy czasami oczekiwać tylko drobnych radości wynikających z uspokojonych niepokojów a przecież otrzymujemy o wiele dalej idące zaproszenie – szansę aby żyć lepiej, prawdziwiej i szczęśliwiej.

Mam świadomość że nieco rozgrzebałem temat miłosierdzia i takim go dzisiaj zostawię, abyśmy za tydzień mogli pełniej zobaczyć konkretne propozycje Bożej miłości…

II nauka (mogą pojawić się błędy i „literówki” – przepraszam)

  1. W ostatnim odcinku…

Rozpoczęliśmy naszą refleksję nad miłosierdziem od próby zdefiniowania tego zadania, które w tym roku szczególnie przed nami stawia Zbawiciel, , najpierw jako  narzędzia zapobiegającego zatrzymywaniu się człowieka na egoistycznej samowystarczalności. A po wtóre, w miłosierdziu wskazywaliśmy jego najważniejszy owoc jakim jest sprawiedliwość, czyli wierność Bożemu powołaniu.

  1. Jest taka baśń…

Chciałbym dzisiaj również zacząć od baśni, jednej z moich ulubionych, do których często wracam… Baśni o pięciu groszkach: czterema pierwszymi nie będę się za bardzo zajmował, bo ich losy nie są zbyt ciekawe, natomiast piąty groszek, zawędrował jeżeli nie najdalej, to przynajmniej najwyżej, gdy podobnie jak jego bracia został wystrzelony z procy i upadł do wyścielonego mchem, zacisznego korytka pod maleńkim oknem na poddaszu. Za oknem tym, w małym pokoiku mieszkał wdowa, która była tak uboga, że jak zauważa Andersen, nawet Pan Bóg się z nią podzielił i zabrał do siebie jedną z dwu jej córek, a drugą jej pozostawił. Ale nawet ta, która pozostała, była chorowita i nigdy nie opuszała małego pokoiku,  całym jej światem był widok z okna. … ziarnko zaś, jak wszystkie ziarnka na świecie gdy zwilgotniało, pękło, wypuściło zielony pęd… gdy dziewczynka zauważyła roślinę prosiła, aby przesunąć jej łóżko do okna… miała swój mały ogródek… po jakimś czasie groch podparto kijkiem, a on oplatał ramę okna i wreszcie w cieple słońca zakwitł biało czerwonym kwiatem… wszystko kończy się rzadko spotykanym u Andersena happy endem: dziewczyna stała przy oknie z promiennymi oczami i zdrowym rumieńcem na policzkach; otoczyła delikatnymi rękoma kwiat groszku i dziękowała za niego Bogu.

  1. Uczynki miłosierdzia względem ciała…

Jest moim gorącym życzeniem, aby chrześcijanie przemyśleli podczas Jubileuszu uczynki miłosierdzia względem ciała… co ma wspólnego miłosierdzie z ziarnkiem grochu? Wydaje się, że sporo… głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, chorych nawiedzać, więźniów pocieszać, umarłych pogrzebać to wszystko to sytuacje, które pojawiają się, wydawać by się mogło niespodzianie, wobec których zostajemy postawieni bez przygotowania. I chyba jest to pierwsza ważna cecha miłosierdzia, którego przejawy mamy rozważyć. (bo przecież mówiąc o uczynkach miłosierdzia nie myślimy o imprezie rodzinnej przygotowywanej od roku, podczas której również przyjmujemy gości, czy też pocieszenie więźniów nie ma prowadzić do zlekceważenia ich odpowiedzialności za popełnione czyny i sprawiedliwej kary). Głód, pragnienie, bezdomność… to nieszczęścia którym trzeba zaradzić i ewangeliczna nauka pokazuje je nam w kontekście celu do osiągnięcia.  Rozwiązania zazwyczaj pojawiają się na dwóch drogach: indywidualnej, gdzie dotykam problemu i mam na niego odpowiedzieć i drodze systemowej, której zadaniem jest bardziej zapobieganie powstawaniu takiego nieszczęścia jak głód, bezdomność czy samotność. Oczywiście przed nami najczęściej otwiera się ta pierwsza, indywidualna droga chociażby ze względu na możliwości jakimi dysponujemy.

A zatem to Jezusowe zaproszenie, rozpisane w uczynkach miłosierdzia względem ciała, staje się wezwaniem do konkretnych postaw, takich które mają nieść nadzieję, umożliwić przemianę, mówiąc prościej dać szansę na poprawę życia, tam gdzie brak tego wszystkiego. I w tym kontekście nie ma zbyt wiele sensu w teoretycznych dyskusjach, którym nie ukrywam też często się oddaję, na temat czy należy wspomagać na ulicy proszących, dawać żebrakom po kilka groszy czy też nie… bo wszystko pozostaje w sferze mojej oceny, czy faktycznie ta jałmużna będzie poratowaniem w nieszczęściu i jakie są moje możliwości. Zilustruję to najbliższym przykładem. To jest tak jak z ewentualną pomocą dla pań z dziećmi siedzącymi pod naszym kościołem i oczekującymi wsparcia pieniężnego (jakkolwiek litości by nie budziły zwłaszcza te dzieci). Jedzenia nie potrzebują, bo konsekwentnie odmawiają ciepłego posiłku, na zatrudnienie na etacie kilku osób mnie nie stać a zatem nie mam możliwości, ale też to jest konkretna sytuacja nie może być podstawą do stworzenia ogólnej zasady niepomagania.

Nie chciałby zatrzymywać się w tej refleksji tylko nad kwestią najprostszych działań charytatywnych, choć w żadnym wypadku nie chce też umniejszać znaczenia wszystkich podejmowanych wysiłków. Niezmiennie też będziemy w parafii kontynuowali dzieła charytatywne, typu zbiorki żywności dla potrzebujących, pomoc szkolna, półkolonie itp.,  bo ten konkret działania również stanowi istotny element miłosierdzia – małe, konkretne dzieła zbierane w wielką pomoc drugiemu… jak ten nic nie znaczący groszek, który w baśni przyniósł nadzieję na życie.

Jednakże za owym konkretem pomocy, za każdym małym dziełem, wspierającym potrzeby bliźniego kryje się bardzo istotne pytanie o motywację. Bowiem bardzo łatwo pomieszać odpowiedź na wezwanie: bądźcie miłosierni, z postulatem: zaspakajajcie potrzeby. To drugie jest częstą pokusą, żeby dzieła miłosierdzia zamieniać na ochłapy typu: ofiaruję rzeczy, które i tak musze wyrzucić po zmarłym krewnym… żeby się nie zmarnowały – oczywiście lepiej wykorzystać niż wyrzucić, ale nie nazywajmy sprzątania i ewentualnie oszczędności – miłosierdziem. Miłosierdzie domaga się miłości, domaga się rozpoznania prawdy, że jego autentycznym źródłem jest Boża miłość a nie moja przemyślność. Nie istnieje miłosierdzie bez bezinteresowności.  To dopiero wtedy nie ulegniemy pokusie koncentrowania się na działaniu, ważny będzie cały człowiek a nie jego doraźne potrzeby.

  1. Chrzest źródłem miłosierdzia…

I nie sposób tutaj nie odwołać się do tego wydarzenia, które dla każdego z nas stało się pierwszym obdarowaniem. Myślę o sakramencie chrztu (oczywiście nie w kontekście 1050-letniej historii), ale o tym wydarzeniu które było początkiem naszej osobistej drogi z Jezusem. To właśnie ten dar zapoczątkował w nas życie Boże… zdaję sobie sprawę że trudno to sobie wyobrazić, gdy urodziło się chrześcijaninem i wychowało w kulturze w swoich założeniach chrześcijańskiej ale spróbujmy, bo to ważne… spróbujmy sobie wyobrazić sytuację gdy nie mamy do kogo się zwrócić w chwili bólu, straty, cierpienia – nie wiem do kogo się modlić bo jestem poza relacją z Panem Bogiem… wyobraźmy sobie sytuację gdy nie mam gdzie udać się po przebaczenie ewentualnego zła które popełniłem… nie ma dla mnie, Tego który udziela mi swej miłości… całe szczęście sytuacja niewyobrażalna…  jednak to właśnie taka pewność, obecności Kogoś kto pierwszy pokochał jest konsekwencją chrztu, nawet jeżeli właściwie w wielu momentach życia tą pewnością nie żyjemy.

Powalająca intuicja baśniopisarza, który każe dziewczynie z baśni o groszkach, dziękować Panu Bogu za znak nadziei, który ją uleczył: otoczyła delikatnymi rękoma kwiat groszku i dziękowała za niego Bogu. To Boża miłość nadaje znaczenie moim gestom, przemienia dobroć w miłosierdzie, działania społecznie użyteczne w drogę zbawienia; jak w andersenowskiej baśni pozwala zaowocować często pozornie przypadkowemu i małemu dobru – tyle że nie rumieńcem zdrowia, ale nadzieją która przynosi prawdziwe życie.

To tutaj znajdziemy wyjaśnienie dlaczego w Piśmie Świętym jałmużnie, dziełom miłosierdzia właśnie, przypisuje się moc gładzenia grzechów – jeśli są praktycznym zastosowaniem miłości pochodzącej od Boga – na ziemi czynią widoczną tę miłość w imię której słyszymy między innymi w konfesjonale: i ja odpuszczam tobie grzechy…

W tym miejscu odkrywamy też połączenie między uczynkami miłosierdzia wobec ciała i uczynkami miłosierdzia wobec dusz… ale o tym to już jak Pan Bóg pozwoli w następną niedzielę.

III nauka (mogą pojawić się błędy i „literówki” – przepraszam)

  1. W poprzednich częściach …

Rozpoczęliśmy naszą refleksję nad miłosierdziem od próby jego zdefiniowania wskazując najważniejszy owoc jakim jest sprawiedliwość, czyli wierność Bożemu powołaniu.

W ubiegłym tygodniu zatrzymaliśmy się nad uczynkami miłosierdzia wobec ciała, widzianymi jako narzędzia, urzeczywistniania miłości. Narzędzia, które mają realizować konkretny cel: wydobywać człowieka z nieszczęścia. Dziełom miłosierdzia nadaje prawdziwy sens Miłość Boga i Jego wyjście do człowieka w sakramencie chrztu…

  1. Jest taka baśń…

A dzisiaj, baśń od której chciałbym zacząć jest tak znana i wpisana w kulturową świadomość, że trudno ją nawet opowiadać, wystarczy przypomnieć sobie księżniczkę, która wczesnym rankiem schodzi ze stosu pierzyn i poduch całkowicie niewyspana i umęczona za przyczyną jednego ziarnka, ale witana okrzykami zachwytu zakochanego już księcia i przyszłej teściowej, nie licząc reszty dworu, bowiem przeszła test na autentyczność, wykazując wrażliwość godną krwi królewskiej… baśń o wrażliwości właśnie, i jak to w baśniach bywa delikatne muśnięcie rzeczywistości, ograniczenie do obrazu wrażliwego ciała, które nie mogło wypocząć bo drobne ziarnko uciskało i męczyło, prowadzi nas do odkrycia o wiele bardziej uniwersalnego…

  1. Chrzest źródłem miłosierdzia…

Bo jeżeli brać na poważnie to co próbowałem powiedzieć ostatnio nawiązując do tajemnicy chrztu – a na kazaniach staram się nie mówić rzeczy niepoważnych – to konsekwentnie musimy odkrywać, że zostaliśmy zaproszeni na królewski dwór Boga samego, nie w charakterze kuchcików i pomywaczy, ale jako pełnoprawni dziedzice, dzieci – być dzieckiem Boga – to nie figura retoryczna używana dla urozmaicenia narracji liturgii… darem Boga zatem dla każdego kto przyjmuje tę jedyną w swoim rodzaju więź między Stwórcą a Jego stworzeniem, jest wrażliwość właśnie, która jednocześnie sprawdza autentyzm królewskiej, Bożej krwi.

Proszę zwrócić uwagę, że gdy dokona się już gest obmycia (polania głowy wodą chrztu) w trzech znakach wyjaśniane są skutki tego sakramentu: najpierw namaszczenie Krzyżmem – olejem służącym między innymi też przy święceniach kapłańskich. Oznacza ono obdarzenie chrześcijanina przywilejami – jako chrześcijanin mam przywilej zwracania się do Pana Boga, mogę modlić się do Niego, więcej mam przywilej poznania Jego woli, poznania czego Pan Bóg ode mnie chce. I wreszcie przywilej kochania – w zeszłym tygodniu mówiliśmy że nasze działania mają sens bo Pan Bóg nas pierwszy pokochał – dzisiaj dodajmy, uczy nas kochać, pozwalać kochać, pozwala mieć udział w tym, że On sam jest Miłością. To oznacza namaszczenie – jak wielką godność Bóg nadaje człowiekowi, to co kiedyś zarezerwowane było dla jednostek, oddaje w ręce każdego, kto z Nim się wiąże.

Potem znak biały szaty – symbol niewinności i świętości, chrzest uwalnia nas od grzechu pierworodnego (gdy chrzczony jest dorosły, który miał nieszczęście popełnić grzechy uczynkowe, również te są gładzone wodą chrztu), innymi słowy zaprasza do życia świętego, niegdyś chrześcijanie ośmielali się o sobie i do siebie mówić Święci którzy są w Kościele… dzisiaj gdyby ktoś powiedział święci którzy są w kościele na Fredry… to zaczęlibyśmy rozglądać się wokół – gdzie  oni są?… a przecież to każdy z nas przez chrzest w świętość został wprowadzony (inna sprawa co z nią porobiliśmy)

I wreszcie znak zapalonej świecyświatło Chrystusa – znak obecności w życiu prawdziwego Boga. Tak jak blask świecy mimo ,że często nie rozproszy mroku w całości, ale zapalona świeca w ciemności nie pozwala pobłądzić, przyciąga do siebie, wyznacza kierunek. Wchodząc w relację z Chrystusem nie jesteśmy uwolnieni od wszelkiego niebezpieczeństwa, ochronieni przed trudami i cierpieniami… ale nie możemy pobłądzić tak długo jak podtrzymujemy ów blask w życiu…

Królewskiej krwi jesteśmy i dlatego tym bardziej zobowiązujące są słowa, które kolejny raz zacytuję:

  1. Uczynki miłosierdzia względem duszy….

Jest moim gorącym życzeniem, aby chrześcijanie przemyśleli podczas Jubileuszu uczynki miłosierdzia względem ducha…

Bowiem baśń o księżniczce mogłaby mieć alternatywne zakończenie: księżniczka gdzieś o północy, zmęczona niewygodą, mogłaby zejść ze stosu pierzyn, poszukać nieszczęsnego ziarnka i wyrzucić je przez okno… a rakiem wstała by świeżutka, różowiutka i wypoczęta… tyle że książę a jeszcze bardziej niedoszła teściowa nie rozpoznaliby w wyspanej księżniczce ani odrobiny z jej autentyczności… dar wrażliwości stanowi zobowiązanie, z którego nie da się bezkarnie zrezygnować. Boża, chrystusowa wrażliwość ochrzczonego, stawia go wobec tego świata, wobec drugiego człowieka w postawie odpowiedzialności. Narzuca się wręcz filozoficzna powiastka Saint-Exupery, gdzie słynny lis na pytanie Małego Księcia odpowiada na pytanie o oswojenie: «Jeśli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie […]a gdy wyjaśnił mu także konsekwencje tego oswojenia, odkrył tajemnicę prawdziwych więzi: nie wolno ci o tym zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to co oswoiłeś». Fakt, że podejmujemy godność chrześcijanina czyni nas odpowiedzialnymi za zbawienie tego świata. Wrażliwość, jeśli jest, nie pozwala nam nie reagować na błędne drogi i decyzje tych, którzy są obok nas, powierzeni na różne sposoby naszej odpowiedzialności. Nie jest to chrześcijańskie stwierdzenie: jest dorosły musi wiedzieć co robi… oczywiście każdy dorosły sam ponosi konsekwencje swych decyzji, ale powinien móc liczyć na dobrą radę, pouczenie, nawet napomnienie (chociaż prawie zawsze na to będzie się oburzał). Ileż mniej byłoby dramatów i nieszczęść gdyby stojący obok: rodzice, współmałżonkowie, rodzeństwo czasami szczerzy sąsiedzi nie biadolili, a co gorsza nie obgadywali po kątach, tylko zareagowali wprost – nie zniknęłyby nieszczęścia, ale byłoby ich mniej – Wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzesznych napominać…

Gdy na naszych drogach napotykamy biedę i materialne braki, to wbrew modnym ostatnio narzekaniom, zazwyczaj znajduje się wielu chętnych i dobrych ludzi, którzy podzielą się tym co mają (najlepszym świadectwem są chociażby zbiórki na potrzebujących w szczególnych sytuacjach gdzie w naszej małej parafii zbieramy zawsze grubo ponad 2000), nie brak dobroci zazwyczaj jest problemem, gorzej gdy pod dobrocią trzeba poszukać własnego serca w relacji do tych, którzy naszych pieniędzy nie potrzebują, ale chcieliby wreszcie usłyszeć że są kochani, że przebaczono im zło, które mieli nieszczęście popełnić, że przechodzi się ponad ich błędami bo naprawdę żałują, bo się poprawili, bo ich największym zmartwieniem jest, że ciągle za nimi wlecze się przeszłość kłamstwa, zdrady, nieuczciwości nieprzemyślanych słów i decyzji…. strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, krzywdy cierpliwie znosić… tego kołatania do naszej wrażliwości nie możemy przykryć tonami żywności dla ubogich…

I wreszcie coś co w naszej tradycji staje się czasami trochę sloganem: modlić się za żywych i umarłych… bo jeżeli mam zaszczyt cieszyć się przywilejem bliskości Boga, to nie mam prawa zatrzymywać go tylko dla siebie… pouczyć, napomnieć, nawet przebaczyć i pocieszyć będzie niczym, gdy tych których oswoiliśmy, a więc za których staliśmy się odpowiedzialni nie zaniesiemy przed oblicze Króla, nie oddamy w ręce Tego, który jedyny może ich uczynić szczęśliwymi… ilu jest ludzi, o których jeszcze nigdy nie powiedzieliśmy Bogu, że odegrali w naszym życiu jakąś rolę: tych których tutaj kochamy, ale też tych, którzy nam na nerwach grają… modlić się za żywych i umarłych

Te uczynki miłosierdzia względem duszy trochę brzmią jak rachunek sumienia, i w pewnym sensie są nim, ale rachunek sumienia zawsze jest po to, aby w konsekwencji autentycznie móc powtarzać Gaudete – Radujcie się … ale o tym najistotniejszym geście miłosierdzia, to może jak się uda za tydzień…

IV nauka (mogą pojawić się błędy i „literówki” – przepraszam)

  1. Jest taka baśń…

Czytając tym razem braci Grimm i ich baśnie, zastanawiałem się czasami dlaczego dobra i piękna dziewczyna, która zrządzeniem nieszczęśliwego losu wylądowała w popiele i przez zrzędliwą macochę oraz złośliwe przyrodnie siostry obdarzona została dźwięcznym, ale mało pochlebnym przezwiskiem Kopciuszka, potrzebowała złotych pantofelków, balowej sukni, karety powstałej na potrzeby chwili ze zwykłego korbola, żeby książę mógł ją zauważyć… dlaczego nie wystarczyła jej dobroć i piękno? – tzn. to co miała wrodzone, co do niej bezwzględnie należało. I jeżeli faktycznie tak jest, że baśnie opisują ludzką kondycję, to trzeba zauważyć, że Kopciuszek naprawdę potrzebował tych znaków, aby osiągnąć swoje baśniowe szczęście… więcej książę, który z uporem maniaka poszukiwał swej wyśnionej miłości od pierwszego wejrzenia, również bez znaku pantofelka nie mógłby osiągnąć celu, co gorzej najprawdopodobniej uznałby za swoją prawdziwą miłość przypadkową dziewuchę, która byłaby w stanie wmówić mu, że to z nią właśnie przetańczył całą noc….

Kopciuszek to baśń o znakach, które każdemu są potrzebne żeby móc w pełni rozpoznać swoje życie, żeby dowiedzieć się co jest w tym życiu prawdziwe, ważne i istotne…

  1. W poprzednich częściach …

Gdy w poprzednich odsłonach tegorocznych rozważań, przyglądaliśmy się definicji miłosierdzia i sprawiedliwości, gdy rozważaliśmy znaczenie uczynków miłosierdzia wobec ciała i wobec duszy wskazując na to, że są narzędziami, które czynią miłość prawdziwą i realną, a także stanowią wyraz prawdziwie chrześcijańskiej, królewskiej, boskiej wrażliwości, w gruncie rzeczy mówiliśmy o znakach koniecznych do rozpoznania daru miłosierdzia, którego doznajemy i jednocześnie, którego jesteśmy uczeni, aby móc realizować je w naszej codzienności…

Gdy dzisiaj, na końcu Adwentu, słyszymy słowa proroka:

A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich. Z ciebie wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, W gruncie rzeczy, zostajemy skonfrontowani ze znakiem najważniejszym – przychodzi Ten, który kształtuje nasze życie – i nie jest to przenośnia.

  1. Chrzest niesie wybaczenie…

Jezus przychodzący na świat, stający się jednym z nas, rodzący się w historii człowieka przemienia życie każdego, zarówno tych, którzy w swej otwartości przyjmują Jego obecność, ale także tych którzy ją lekceważą czy nawet negują. Wcielenie Boga nic nie pozostawiło bez zmiany. Staje się znakiem nowego życia, bez którego nie można do końca odkryć kim się jest, co więcej bez znaku Jezusa nie jesteśmy czytelni dla innych… to już nie złote pantofelki i inne baśniowe dyrdymały … ale znak obecności Jezusa w moim życiu. Jeden ze współczesnych teologów pisał:

Betlejem Judzkim jesteśmy my, w nas chce się rodzić Jezus. Nie narodził się w centrum ówczesnego świata – w Rzymie, ale na peryferiach, w miejscu bez znaczenia. Do takiego człowieka On przychodzi, […] Bóg przychodzi w to, co w nas najmniejsze, w to, w czym byśmy się nie spodziewali Go spotkać. Przychodzi w to, co jest naznaczone słabością, grzechem i niemocą. Przychodzi w historii nie tej wielkiej, potężnej, ale w historii człowieka słabego, sponiewieranego; tam gdzie jest margines naszego życia, co w nas jest najbardziej niegodne. W konsekwencji więc najwięcej Bożego Narodzenia będzie w sakramencie pojednania

W ten sakrament właśnie zostaliśmy wpisani od samego początku, już w chrzcie świętym znak obmycia wodą prowadzi bezpośrednio do tej myśli pełnej nadziei – człowiek zostaje oczyszczony, obmyty, uczyniony nowym… kiedyś w liturgii widać to było o wiele wyraźniej, gdy chrzczony wchodził cały do wody, zanurzał się i wychodził z niej obmyty – nowo narodzony. Dla życia chrześcijańskiego ten znak jest najważniejszy, bo bez niego nie stajemy się dziećmi Boga, ale też to ten znak pozwala abyśmy mogli być rozpoznani, żeby nikt nie pomylił oryginalnego chrześcijaństwa z jego oszukańczymi podróbkami. I brzmi to trochę idealistycznie, bo wiemy doskonale, że w realnym życiu, dokładnie jak w baśniach, nie ma idealnych sytuacji – Kopciuszek potrzebuje dosadnej przemiany, potrzebuje znaków swej dobroci i piękna – chrześcijanin potrzebuje znaków nawrócenia. To dlatego obok wody chrztu, jak pisali Ojcowie Kościoła z pierwszych wieków po Chrystusie, istnieje również woda łez żalu, która czyni człowieka nowym w sakramencie pojednania. – to z kolei jest ten najistotniejszy gest miłosierdzia, o którym wspominałem w ubiegłym tygodniu. Człowiek może rozpoznać prawdę o sobie, zobaczyć co w nim jest dobre, udane, co jest zwycięstwem… a jednocześnie odkryć gdzie jeszcze nie dorasta do zadań stawianych mu przez Pana. Spowiedź, ze swymi pięcioma warunkami, to moment gdzie przestaje nam odpowiadać siedzenie w popiele, zwykła szara codzienność (to rachunek sumienia, żal za grzechy), gdzie autentycznie wyrywam się z marazmu i zaczynam marzyć o świetlanej przyszłości (postanowienie poprawy), gdzie wreszcie przyjmuję znaki zwycięstwa, buntuję się przeciw bylejakości, mówię stanowcze NIE temu wszystkiemu co zakrywa moje prawdziwe powołanie (to wyznanie grzechów, znak rozgrzeszenia, pokuta i zadośćuczynienie)… Dobra spowiedź to czas odkrycia że jestem podobny do Boga i że wolą Boga dla mojego życia jest, abym to podobieństwo z dumą obnosił… żebym mógł być rozpoznany przez Króla królów.

  1. Miłosierdzie odmieniane przez osoby….

Ten znak miłosierdzia w pełni otwiera przed nami drogę MIŁOŚCI – i dlatego to miłosierdzie, jak żaden inny rzeczownik, odmienia się przez osoby. Bowiem najpierw dotyka mnie samego, miłosierdzie i ja, bo Bóg nie przychodzi inaczej jak tylko osobiście – ja jestem dla niego ważny. Dotknięty Bożą łaską, nawrócony, a może czasami tylko dobrze wyspowiadany, mogę zauważyć że obok mnie stoi ten drugi, do którego Pan Bóg mnie posyła, miłosierdzie i ty, bo Pan Bóg dał mi dwie ręce do pracy dla ciebie, dał mi oczy abym cię zobaczył, dał mi uszy abym cię wysłuchał, dał mi usta bym cię pocieszył, pouczył, napomniał.  Wszystko po to, aby odkryć jak dobry jest Bóg, jak prawdziwie jest on MIŁOŚCIĄ, miłosierdzie i On, bo tylko w Nim zaznać możemy prawdziwego spokoju, tylko w ramionach Boga, odkryjemy że nie dla bycia Kopciuszkiem zostaliśmy stworzeni, że tyko w oczach Boga znajdziemy obraz prawdziwej miłości. I gdy tak odmieniać miłosierdzie przez osoby, to dostrzeżemy że na tej drodze, dotknięci Bożą miłością idą inni, o których dawno nie mówiliśmy jak o siostrach i braciach, miłosierdzie i my, bo być w Kościele to przede wszystkim wiedzieć że nie jestem sam, że miłość Boga i miłość do Boga to nie moja indywidualna fanaberia, że wielu jest takich, dla których miłosierdzie to nie puste hasło. I w konsekwencji waśnie dlatego, że jesteśmy razem w Kościele, możemy również powtarzać: miłosierdzie i wy i oni, mówiąc o Bożej łasce dla każdego, dosłownie dla każdego, kogo Bóg będzie stawiał na naszej drodze. Nie mamy być dla nikogo ani sędziami, ani wzorami,  ani nauczycielami… obyśmy stawali się świadkami Boga, która stawia wymagające zadania i z miłością wspiera każdy krok ku świętości, bo

Gdy będziesz pamiętał, że Pan Bóg ciebie kocha, to będziesz święty

Gdy będziesz pamiętał,  że Pan Bóg ciebie bardzo kocha, to będziesz bardzo święty.

I żeby nie kończyć tych adwentowych rozważań sentencją, to chciałby abyście Państwo zapamiętali tę jedną informację: spowiadamy od poniedziałku – środy, rano od 7.00 – do końca Mszy św. i wieczorem od 16.30 – 19.00 – nie pamiętam żeby przy tych konfesjonałach zabrakło miejsca dla kogokolwiek. Amen

Rozważania – XII tydzień okresu zwykłego – wtorek

23 czerwca 2015

Ewangelia na dziś – Mt 7, 6. 12-14

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. 

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują».

 

Myśli na dziś

  1. Twarde słowa Jezusa przywołują do porządku – to nie są słowa poniżające ludzi – one nazywają zło – złem, a dobro – dobrem. Mówiąc inaczej, tak długo jak postępowanie człowieka jest złe nie można udawać, że nic się nie dzieje. Fałszywą postawą jest niezauważanie zła w imię tolerancji dla człowieka.
  2. Droga do której wzywa Jezus jest wymagająca – i nie jest to żadna nowość – natomiast nieustannie pozostaje aktualna prawda, że za wezwaniem Jezusa każdy z nas może iść tylko z dobrej i nieprzymuszonej woli.
  3. …ciasna jest brama i wąska droga… – czytelne obrazy opisujące trudność podejmowania decyzji pójścia za wołaniem Jezusa. Jednak Ewangelia nie jest „reklamowym chwytem”, na który ma się „złapać” jak najwięcej naiwnych. To Dobra Nowina o prawdziwym życiu, które ma być autentycznie szczęśliwe tzn. błogosławione.

 

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – sobota

20 czerwca 2015

Ewangelia na dziśMt 6, 24-34

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? 

A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie o wiele pewniej was, małej wiary? 

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkie potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy».

Myśli na dziś

  1. Dziś odnajdujemy pogłębioną motywację właściwej hierarchii wartości, mianowicie Bożą szczodrość i troskę jaką otacza On wiernych sobie.
  2. Ufność pokładana w Bogu staje się najważniejszym warunkiem przyjęcia właściwej hierarchii, bowiem pozwala zobaczyć proporcje między Bożą łaską a ludzkim zaangażowaniem. Jedno drugiego bowiem nie neguje, jednak trzeba sobie uświadomić jak nikłą cząsteczką jest nasze działanie wobec Bożego daru
  3. Kategoryczne Nie możecie służyć Bogu i Mamonie, z dzisiejszej Ewangelii nie ogranicza się zaledwie do określenia naszego stosunku do rzeczy materialnych, które posiadamy. Jest raczej zasadą kształtującą wszystkie nasze relacje, które mogą przekształcić się w bałwochwalstwo to znaczy odsunąć Pana Boga na dalszy plan. To zdanie porządkuje nasze relacje rodzinne, społeczne, narodowe stojąc na straży wyłącznej miłości Pana Boga, z której biorą początek wszystkie nasze ludzkie miłości

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – piatek

19 czerwca 2015

Ewangelia na dziśMt 6, 19-23

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność».

 

Myśli na dziś

  1. Wczorajsza nauka modlitwy, przypominająca o wymiarze duchowym i materialnym naszej duchowości nie może w żadnym wypadku zaciemnić hierarchii wartości – priorytetem jest życie wieczne, właśnie dlatego ,że jest wieczne i nie przemija
  2. Człowiek koncentruje się na tym co autentycznie dla niego jest cenne – ów ewangeliczny skarb – ale przez to również odkrywa nowe perspektywy i wyzwania, które sprawiają że odkrywa swój prawdziwy cel.
  3. Niebezpieczeństwo ciemności, tzn. życia dla fałszywych celów, wegetacji pośród małych nic nie znaczących rzeczy, jest ogromnym zagrożeniem, jeżeli nie najistotniejszą przeszkodą dla zjednoczenia z Bogiem.

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – czwartek

18 czerwca 2015

Ewangelia na dziśMt 6, 7-15

Jezus powiedział do swoich uczniów:  «Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.

Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zbaw ode złego. Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień».

 

Myśli na dziś

  1. Słowa modlitwy Ojcze nasz nie są gotowym formularzem modlitwy, negowałoby to bowiem cały wysiłek podejmowany w Kościele, zmierzający do poszukiwania różnych form duchowości. Ta modlitwa została nam ofiarowana jako wskazówka na dla budowania naszej duchowości.
  2. Przede wszystkim wprowadza całkowicie nową relację do Boga, który objawia się nam jako Abba – Ojciec – Tata. Zostaliśmy zaproszeni do tej wyjątkowej relacji Jezusa z Bogiem Ojcem – stajemy się dziećmi Bożymi.
  3. Ten wyniosły horyzont nie zamyka nam jednak perspektywy naszej doczesności – modlitwa prowadzi nas poprzez ludzkie doświadczenie, chleba, grzechu i pokusy, relacji międzyludzkich naznaczonych często brakiem miłości i zgody. Fakt że Bóg przygarnia nas uznając za synów, nie sprawia że stajemy się mniej ludzcy, i kształt każdej duchowości musi to uwzględniać.

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – środa

17 czerwca 2015

Ewangelia na dziśMt 6, 1-6. 16-18

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. 

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. 

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. 

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie».

.

Myśli na dziś

  1. Jałmużna, modlitwa i post – to narzędzi, które zostają dane każdemu z nas w drodze do Pana Boga, po to by nauczyć się odpowiadać na łaskę. Nasze zaangażowanie staje się odpowiedzią na Boże wezwanie – współodpowiedzialnością za życie Boże w nas.
  2. Żadne z tych zadań nie może służyć jako swego rodzaju sztandar, czy emblemat naszego chrześcijaństwa czy wierności Bogu, dlatego realizują się według Bożego zamiaru w wymiarze niezwykle osobistym, zależą od intencji jaką nadaje swemu działaniu każdy z nas.
  3. Intymność jałmużny, modlitwy i postu nie wyklucza ich wymiaru wspólnotowego, bowiem każde z nich kształtuje część ciała Chrystusowego jakim jest Kościół – bliskość z Bogiem promieniuje na wszystkich.

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – wtorek

16 czerwca 2015

Ewangelia na dziś – Mt 5, 43-48

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski».

 

Myśli na dziś

  1. Jezus konkretyzuje swą naukę o miłości, ukazując jej najbardziej radykalny wymiar, przekraczający nasze wyobrażenia o pragnieniu dobra dla drugiego, mówi o miłości nieprzyjaciół, czyli tych, którym faktycznie nic się nie zawdzięcza, wręcz przeciwnie. A zatem mowa o relacji w której nie ma ani śladu interesowności.
  2. Wezwanie do doskonałości na miarę Boga samego, staje się odtąd zobowiązaniem chrześcijanina, w tej perspektywie tak naprawdę nie ma miejsca na jakikolwiek minimalizm… każde umniejszenie wymagań jest jakąś formą sprzeniewierzenia się Bożej woli.
  3. Miłość nieprzyjaciół staje się najdoskonalszym wymiarem udziału w Krzyżu Jezusa – bo to właśnie wydarzenie Golgoty wprowadziło w życie taki wymiar miłości – oddał życie za człowieka

Rozważania – XI tydzień okresu zwykłego – poniedziałek

15 czerwca 2015

Ewangelia na dziś – Mt 5, 38-42

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie».

 

Myśli na dziś

  1. Jezus naucza z mocą – ustanawia Prawo, które w istocie swej wypełnia Boży zamysł, a zatem nie znosi tego co do Jego czasów kształtowało Izraela, ale wynosi ludzką wrażliwość na wyższy poziom.
  2. Nie są to zatem przepisy wykonawcze, ale wskazówki kształtujące życie, mówiąc inaczej zasady do których należy odnosić wszystkie swoje decyzje i wybory, nawet jeżeli w Prost nie będą one dotyczyły spraw sądowych czy pożyczek.
  3. Podstawowym kryterium staje się tutaj miłość, rozumiana jako konkretne pragnienie dobra dla drugiego, takie pragnienie, które jest w stanie przekroczyć własne potrzeby i plany

 

Rozważania – X tydzień okresu zwykłego – poniedziałek

9 czerwca 2015

Ewangelia na dziś – Mt 5, 13-16

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. 

Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. 

Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».

 

Myśli na dziś

  1. Być użytecznym – dzisiejsze słowa, wbrew pozorom nie są fragmentem instrukcji pracownika korporacji, ale wskazują na istotny element powołania chrześcijanina – KONSEKWENCJĘ decyzji o pójściu za Jezusem
  2. Ewangelia nie jest do wysłuchania, jej rola nie kończy się nawet na osobistym przyjęciu i przemianie życia… Ewangelia jest po to, aby ją przekazywać: solić to co mdłe, oświecać to co w ciemności.
  3. Ewangelia w zamiarze Pana Jezusa, zostaje utożsamiona z uczniem – to chrześcijanin ma solić i oświecać. To jest istotna konsekwencja pójścia za Jezusem – życie nie tyle dobre i święte (to w wymiarze osobistym) ile życie przemieniające otocznie poprzez świadectwo czynów.