Rok 1946 – Z kroniki ks. kan. Jana Kantego Noryśkiewicza

Procesję celebrował ks. infułat Franciszek Ruciński, który wrócił właśnie z wygnania.

Latem otrzymała parafia drugiego wikarego w osobie ks. Mariana Zazielaka, który przybył z Śmigla. Pracując w trzech mogliśmy urządzić odpust św. Marcina z triduum, jak to bywało dawniej, a poprzednio JE Ks. biskup Dymek udzielił po raz pierwszy po okupacji sakramentu Bierzmowania, do którego przystąpiło osób 500.

Na Światki 1946 mieliśmy I Komunię św. uroczystą, a w drugie święto starym zwyczajem sakrament Bierzmowania. Po za tym przygotowywano w trzech osobnych seriach starsze dzieci do I Komunii św. (dzieci od 14 – 17 roku). Ks. Zygmunt Droszcz opuścił parafię naszą z dniem 15 maja, a od 1 czerwca przybył ks. Adam Pawłowski neoprezbiter. Wskutek zmiany tej trzeba było przystąpić do remontu mieszkania na drugim piętrze probostwa. Na piętrze tym mieszkają KsKs. Zazielak, Pawłowski i Ks. Józef Jasiński, który wrócił właśnie z obozu w Dachau i został mianowany dyrektorem Poznańskiego Okręgu Caritas.Odtąd praca duszpasterska idzie już trybem zwyczajnym. Aby resztki oziębłości religijnej usunąć urządziłem przy końcu roku 1946 misję tygodniową, którą prowadzili OO Jezuici z Poznania (oo. Potworwoski, Szwek, Anderzon) Komunii św rozdano ok. 10.000. Nowomianowany arcybiskup Poznański J. Eks. Dymek pierwsze swoje funkcje arcybiskupie odbył u nas odprawiając po misji mszę św.

Uroczystości Ofiarowania parafii i diecezji Najświętszemu Sercu Matki Boskiej odbyły się u nas wedle programu ogłoszonego przez Ks. Arcypasterza. Dnia 3 lipca mieliśmy akt ofiarowania parafii, a 15 sierpnia odbędzie się ofiarowanie diecezji. Arcypasterz przejdzie procesją od groty MB z Lourdes na św. Marcinie do ołtarza monumentalnego na Placu Wolności. Obecnie remontuje się grotę MB po raz drugi, ponieważ pierwszy remont nie wypadł tak jak sobie życzyłem. Figura MBoskiej sporządzona została przez rzeźbiarza Tadeusza Bieńkowskiego.

Grota MB z Lourdes została odnowiona wewnątrz i zewnątrz. Murarze dali jej nowy tynk w miejsce starego, który wskutek działań wojennych odpadł, dach pokryto nową blachą cynkową, a starą mocno podziurawioną, sprzedano. Grota zaś wewnątrz została odmalowana przez firmę malarską Wrembel, św. Marcin. Praca ta wypadła bardzo dobrze, ale też koszty były wielkie.

W grudniu 1946 przystąpiono po raz drugi do częściowego remontu organów. Po dwóch reperacjach poprosiłem firmę H. Cegielski o użyczenie nam jeńca niemieckiego, organmistrza katolika z Bawarii. Remontu dokonał dokładnego. Zostały jeszcze niedokończone membrany, ponieważ brak w Polsce delikatnej skórki, potrzebnej do piszczałek. Obiecał, ze je założy, gdy żona mu je z Bawarii przyśle. Ten sam jeniec naprawiał poprzednio organy w Żabikowie ku wielkiemu zadowoleniu proboszcza. On mi na niego zwrócił uwagę.

Po częściowym, choć niedostatecznym remoncie organów urządziła w parafia w drugie Święto Bożego Narodzenia koncert p.t. wieczór kolęd. Koncert ten cieszył się dużym powodzeniem tak, że różne były prośby by go raz jeszcze powtórzyć. Zamiary te nie zostały jednak urzeczywistnione, gdyż orkiestra filharmonijna nie mała już żadnego wolnego dnia. Parafian pocieszono więc zapowiedzią dwu koncertów w roku przyszłym. Solistom p. Marii Janowskiej i p. Józefowi Wolińskiemu, artystom opery poznańskiej, podziękowaliśmy osobnym pismem za bezinteresowne wykonanie partii solowych. Czysty dochód z wieczoru wynosił 128.000 zł.

Na zakończenie starego roku odprawiliśmy uroczyste nabożeństwo  (wieczorem) z kazaniem i Te Deum wobec wystawionego Najśw. Sakramentu.

Rok 1945 – Z kroniki ks. kan. Jana Kantego Noryśkiewicza

Okupanci niemieccy przed opuszczeniem Poznania podpalili w styczniu 1945 kościół św. Marcina, a wieżę wysadzili w powietrze. Gdy dn. 8 lutego 1945 otrzymałem nominację na rządcę kościoła par. św. Marcina, wybór mój padł na opuszczony zbór św. Pawła przy ul. Fredry 11, by w nim rozpocząć nabożeństwo i uczynić go ośrodkiem pracy duszpasterskiej. Zbór był co prawda zupełnie pusty; prócz ławek nic w nim nie było; okien nie miał; witraże były potrzaskane, organy nadwyrężone. Panowały wówczas mrozy i wichury. Co dzień trzeba było o świcie wynosić wiadra śniegu co przez okna napadł. W zborze było tak zimno, że ludzie kryli się w kątach. Ale wszystko przetrzymaliśmy – zbór został benedykowany. Tak rozpoczęliśmy pracę duszpasterską: było nas kapłanów tylko dwóch: ks. wikary Zygmunt Droszcz i ja.

Obecnie remont kościoła naszego przy ul. Fredry 11 trwa już dwa lata, a jeszcze dużo nam potrzeba: okna zostały wprawione, boczne dwa ołtarze ustawione po usunięciu wcześniej części protestanckich balkonów; wielki ołtarz doprowadzono do porządku, organy naprawiono, ale brak kilku rejestrów, które są wykradzione, a których fabryki polskie jeszcze nie wyrabiają. A teraz zabiorę się do wyremontowania kaloryferów i wybuduję z powrotem zniszczony komin.

Procesja Bożego Ciała wypadła w r. 1945 wspaniale; ołtarze (zwłaszcza na stopniach opery wystawiony) były piękne a publiczność zebrała się tłumnie.

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię

30 listopada  – … abyście byli bez zarzutu… (tekst poniżej)
7 grudnia – …na pustyni prostujcie drogę… (tekst poniżej)
14 grudnia – …aby zaświadczyć o światłości…  (tekst poniżej)
21 grudnia – …wtedy odszedł od Niej anioł… ( tekst poniżej)

30 listopada – … abyście byli bez zarzutu…  (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. Na początku wieku popularny był taki film, zatytułowany Matrix, gdzie głównym przesłaniem fabuły był obraz świata stworzonego przez komputer, w tej cyfrowej projekcji uwięzieni są wszyscy ludzie, absolutnie nie mając świadomości swej niewoli … widzieli i przeżywali to co komputer chciał, żeby odczuwali, a ich ciała były w rzeczywistości źródłem energii dla maszyny… występuje też grupa uwolnionych z owego zniewolenia… walczących z maszyną, prześladowanych. W pewnym momencie tej historii jeden z bojowników o wolność zdradza i ma wydać przywódcę buntu. Jest taka scena, gdy ów zdrajca rozmawia z przedstawicielem władzy… w eleganckiej restauracji, je jakiegoś krwistego steka (on jest świadomy, że wszystko to jest doskonałym złudzeniem, projekcją komputera) stawia warunki mówiąc: nic nie chce pamiętać, chcę być obrzydliwie bogaty, i nic nie pamiętać… – umawia się o to że zostanie baterią, która będzie miała sen o bogactwie – po czym żując kawałek nieistniejącego mięsa mówi: Matrix mówi mojemu mózgowi że jest to przepyszny stek… Niewiedza jest błogosławieństwem… jedna z bardziej dramatycznych scen kinematografii…

Ale też kiedyś oberwałem mocno po uszach od pewnej osoby, gdy towarzyska rozmowa zeszła na temat postu piątkowego – i wyjaśniłem jakieś szczegółowe zasady, jeden z uczestników spotkania był autentycznie wkurzony na mnie, bo przecież dopóki nie wiedział to mógł sobie robić jak mu się wydaje… Niewiedza jest błogosławieństwem… chciałoby się dodać.

A my dzisiaj otrzymujemy, jak to na początku każdego Adwentu, komunikat dokładnie odwrotny:

  1. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących…

…dociera do nas przekaz o tym, że potrzebna jest świadomość własnego miejsca w tej historii, abyśmy mogli spotkać Boga… do znudzenia przypomina się, że tylko człowiek żyjący jest chwałą Boga. Co to znaczy? Tak długo, jak nie sami podejmujemy najważniejsze decyzje naszego życia – nici z realu. Nie żyjemy naprawdę… ktoś powie, że to przesada, czarnowidztwo jakieś… i będzie miał rację… to dlatego Adwent pojawia się regularnie ze swoim przypomnieniem o konieczności czuwania, żeby nikt nie zatracił się w złudzeniach… w tym roku tradycyjne chciałbym zaproponować adwentowe rozważania w niedziele, koncentrujące się na haśle rozpoczynającego się roku liturgicznego: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię – takie bardziej wielkopostne to słowa, ale myślę że dobrze teraz w atmosferze adwentowego czekania poszukać tego realnego spojrzenia na własne życie… bo jak to napisał Tomas Halik w niedawno wydanej u nas książce: Słyszymy i czytamy, że w naszej przestrzeni kulturowej ubywa wierzących – ale to do znudzenia powtarzane stwierdzenie uzasadnione jest tylko wtedy, gdy pojęciem „wierzący” niesłusznie obejmujemy wyłącznie ludzi „zasiedziałych” w tradycyjnych formach religii. Ubywa przecież także „przekonanych ateistów”. Przybywa natomiast poszukujących „ludzi w drodze… i dlatego też pierwszy etap naszej drogi wyznacza św. Paweł ze swoim: … abyście byli bez zarzutu na dzień Pański… bo to jest perspektywa poszukiwań

  1. Gdy tak zastanowić się nad źródłami możliwego zatracenia się w złudzeniach (nazwijmy to sobie doświadczeniem matrixa, właśnie) trzeba myślę zobaczyć przynajmniej dwa wymiary. Bo gdzie w gruncie rzeczy ja przestaję podejmować decyzje odnośnie mojego życia? – jeden przypadek to zniewolenie zewnętrzne – gdy ktoś uczynił moje życie takim, zawłaszczył sobie moją wolność, nie pozwala mi realizować własnych planów… albo też nieco bardziej przebiegle: gdy tak mną steruje, że moje decyzje niby wolne, ale są takie jak trzeba (syndrom reklamy);

a drugi przypadek to wewnętrzne zniewolenie – gdy jest mi wygodnie nie decydować samemu, bo nie muszę się wysilać, bo wydaje mi się, że nie ponoszę odpowiedzialności, bo odkryłem, że w gruncie rzeczy te inne propozycje, choć niezgodne z moim sumieniem, z formacją, ale jednak są pociągające i wstyd się przyznać samemu, ale skoro minie zmusili to trudno…

Oba te przypadki wbrew pozorom nie są dalekie sobie, w praktyce też często przeplatają się … trudno jest ustalić gdzie jest granica między zniewoleniem a wewnętrzną zgodą na nie… bo choć to co nas zniewala, pozbawia możliwości samostanowienia budzi naturalny protest i często jest to wręcz odruch… to jednak równie szybko przyzwyczaja się człowiek do stanu, gdzie nie bierze za nic odpowiedzialności. … abyście byli bez zarzutu… to wezwanie do zastanowienia się

  1. Oczywiście nie chodzi teraz o wmawianie wszystkim, jak to bardzo jesteśmy leniwi i pozbawieni chęci samostanowienia, bo to paradoksalnie byłoby najspokojniejsze rozwiązanie: mamy problem trzeba coś zrobić. Niestety duchowy adwent zostaje nam zaproponowany nie dlatego, że jesteśmy grzeszni (bo to akurat każdy wie), ale dlatego, że przywiązanie do swojej słabości zaczynamy traktować, jako część naszej natury… Dzisiaj prorok Izajasz dramatycznie pokazuje skutki takiej logiki:

My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. […] Nikt nie wzywał Twojego imienia, nikt się nie zbudził, by się chwycić Ciebie. 

lecz wskazuje też drogę nadziei:  A jednak, Panie, Tyś naszym ojcem. Myśmy gliną, a Ty naszym twórcą. My wszyscy jesteśmy dziełem rąk Twoich.

Przyzwyczajenie do bylejakości, do zastanych form – bo zawsze tak było… zostaje przezwyciężone tylko tam gdzie następuje odkrycie że nie jestem sam sobie, sterem, żeglarzem i okrętem…, że nade mną jest Bóg… wiara w stwórczą moc Boga, nie pozwala na zamknięcie się w ułudach, nie pozwala też w gruncie rzeczy na wewnętrzną zgodę na zniewolenie. Bo nie jestem dłużej sam, bo to co się dzieje to współodpowiedzialność i już nie tylko mnie samego dotyczy… Mówiąc o wierze w stworzenie nie chodzi mi tylko o przyjęcie za prawdziwe stwierdzenia, że Bóg jest pierwszą przyczyną wszystkiego, bo to za mało, aby mogło wpływać na moje życie. Stanąć wobec Boga, jako Stwórcy to uznać, że On powierza w moje ręce świat, stawia wobec odpowiedzialności za to co zrobię z moim życiem, ale tez nie pozostawia mnie samego z tą odpowiedzialnością. Jego ufność pokładana w człowieku jest gwarantem wolności. I skoro proponuje mi bycie panem świata, to bez sensu jest żebym sam degradował się do roli bateryjki, która ma zasilać taką czy inna maszynę, ideologię czy biznes.

Łatwo mówić i faktycznie brzmi to trochę jak komunały, jednak koniecznym jest dostrzeżenie takich perspektyw, aby świadomie powtarzać: NAWRACJACIE SIĘ, proszę zatem przyjąć zaproszenie do wspólnej drogi, a na jej następnym odcinku spróbujemy poszukać narzędzi potrzebnych do odkrycia autentycznego znaczenia owej relacji do naszego Stwórcy– pójdziemy za św. Janem Chrzcicielem na pustynię, bo tam widać dokładniej…

7 grudnia – …na pustyni prostujcie drogę… (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. O czym ostatnio: liturgia Słowa I niedzieli Adwentu, pokazując swego rodzaju zagrożenie dla naszego życia duchowego, jakim jest leniwe rezygnowanie z poszukiwania autentycznego obrazu siebie, w imię fałszywego przekonana że niewiedza jest błogosławieństwem, podprowadziła nas do refleksji nad bardzo fundamentalną relacją ze Stwórcą. Faktycznie, jeśli mówić o NAWRÓCENIU to trzeba zadać pytanie do kogo się nawracać i to o próbie poszukiwania odpowiedzi na to, a właściwie o narzędziach, spróbujmy dzisiaj pomówić.
  2. Przychodzi nam dzisiaj wejść w ślady człowieka, który z powołania został, wskazującym, na Tego który przynosi zbawianie, a zatem staje się ucieleśnieniem tego czasu, który przeżywamy… i w tym wszystkim musimy zauważyć, że Jan Chrzciciel ukazuje się nam jako człowiek  pustyni … zresztą przedstawiano Go cytując proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego. I tak staje się podstawową wskazówką dla naszych adwentowych poszukiwań.

Jednak doświadczenie pustyni, dla większości z nas nie jest oczywiste i dlatego domaga się wyjaśnienia. Pierwsze skojarzenia z pustynią zazwyczaj są negatywne: mnóstwo piasku, pustka, monotonia, niebezpieczeństwo… bezsens życia, bo przecież iść przez pustynię to pozbawiać się wrażeń, ciągle widać to samo, a jak widać coś ciekawego to pewnie fatamorgana – optyczne złudzenie… tak łatwo pobłądzić i zacząć kręcić się w kółko, bo przecież brak punktów odniesienia i każdy kierunek, jaki obierzemy wydaje się właściwy… w pustce wszędzie idzie się tak samo wygodnie… a zatem skojarzenie z pustynią nie do końca wydaje się ilustrować duchowy adwent – czas rozpoznawania naszej relacji z Bogiem. Tyle, że jedno trzeba zauważyć, mianowicie Jan Chrzciciel, przebywając na pustyni demonstruje postawę, która nieco odbiega od tych skojarzeń – że jest samotny, jeden, ale nie zamykający się w poczuciu samowystarczalności, jakiegoś egocentryzmu. Pustynia Jana Chrzcielna to przestrzeń wyłącznego, wyjątkowego odniesienia do Pana Boga… warto zadać sobie pytanie: dlaczego wg. proroka Izajasza to na pustyni ma dokonać się przygotowanie na spotkanie Pana? Przecież w innych warunkach, byłoby wygodniej, prościej… ile razy przed świętami, gospodynie domowe narzekają: no ze wszystkim mnie zostawiliście, każdy gdzieś lezie, a tu sprzątanie, gotowanie i jeszcze prezenty… a jednak, jako ideał pokazany jest samotny, jeden, na pustyni i właśnie tak ma przygotować spotkanie ze Zbawicielem. Bo tylko tak można zobaczyć autentycznie siebie, nie przysłoniętego żadnym dodatkiem… proszę zwrócić uwagę, coś w tym jest… gdy posiłkujemy się rożnymi pomocami, przede wszystkim nasza uwaga rozprasza się na działanie, organizację, na tysiące rzeczy koniecznych, żeby wydarzenie mogło się odbyć. Tak jest w relacjach ludzkich, gdy organizujemy chociażby rodzinną wigilię, ale tak tez jest gdy chcemy, aby w naszym życiu zagościł Bóg… w poszukiwaniu różnych pomocy, bardzo często wpadamy w rozproszenie… a dzisiaj Jan Chrzciciel na pustyni przypomina o fundamencie: nawet przy najbardziej zaangażowanym stylu życia, nawet gdy gorliwość rozpiera nas i pragniemy jak najbardziej, jak najgłębiej, w sposób jak najbardziej święty żyć wiarą, potrzeba odarcia z tego co jest tylko dodatkiem – potrzeba pustyni bycia sam na sam ze sobą, abym to ja mógł staną wobec Boga, nie moja modlitwa, nie moje dobre uczynki, nie moja gorliwość, pobożność… ale ja sam. Nie można być ciągle dla kogoś i tylko dla kogoś, bo najzwyczajniej w świecie zabraknie mnie… nie można ciągle chować się za jakimś działaniem, bo nie będzie widać mnie samego. W praktyce, czas adwentu pokazuje, jak bardzo potrzeba chwili zatrzymania się na sobie, żeby odkryć co jest istotą mojego życia. I to jest najtrudniejsze, bo wbrew pozorom każdemu o wiele wygodniej szukać potwierdzenia własnej wartości w działaniu, jak coś zrobię i innym się podoba to wiem, że było sens to robić, jak biorę się za modlitwę i mnie ona uspokoi, wyciszy to twierdzę, że modliłem się dobrze, jak zmobilizuję się i wyjdę z pomocą do potrzebujących, to jestem dumny ze swojej dobroci… i oczywiście takie dążenia mają swój ogromny sens i zawsze będą stanowiły większą część naszego życia… jednak aby odkryć kim jest dla mnie Bóg, aby spotkać Go, mam zobaczyć całą prawdę o sobie… niekoniecznie tylko tę, która mnie zadawala. Stąd to zaproszenie, aby wyjść na pustynię… i to tak ogólnie, jednak św. Jan Chrzciciel jest nieustępliwy w demonstrowaniu drogi do Boga… także dzisiaj.. i nie tylko pokazał pustynię, samotność, która nie owocuje egocentryzmem, ale podpowiada narzędzie – i tutaj proszę nie spodziewać się niczego odkrywczego:

  1. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. To nawet na ówczesne warunki było synonimem wyrzeczenia się spraw podstawowych. Jan również dzisiaj, a może przede wszystkim dzisiaj, pokazuje na niezwykle niemodną postawę, jako na narzędzie autentycznego bycia na pustyni. Mowa o UMARTWIENIU się. Wyrzeczeniu, które oczyszcza człowieka, odziera go z mnóstwa dodatków, z których każdy na pierwszy rzut oka wydaje się niezbędny. Umartwienie to okazja do pozbycia się tego co nadmiernie obciąża. Dla precyzji dodajmy, że nie mówimy tutaj o walce z grzechem, o postanowieniu poprawy… bo to jest zupełnie inny element, to obowiązek. Gdy mowa o umartwieniu, wchodzimy na płaszczyznę gorliwości, umartwia się ten kto rezygnuje z jakiegoś zachowania, działania, godziwej przyjemności dla lepszego kontaktu z Panem Bogiem: oddaję to co sprawia mi dobrą przyjemność, aby w tym czasie nie zatrzymywać się na niej, aby być bardziej dla Boga. I to jest decyzja człowieka,  nie jest chrześcijańskim umartwieniem, jak włączą mi prąd i nie mogę korzystać z komputera (to nie o umartwienie chodzi a o nieszczęście), tak samo nie ma nic wspólnego  z chrześcijańskim umartwieniem pozbywanie się rzeczy z szafy po sprzątaniu pod pozorem pomocy ubogim (to jest podrzucanie kłopotu), natomiast gdy rezygnuję na jakiś konkretny czas z przyjemności siedzenia przed komputerem,  bo chce tak dla Pana Boga, albo z miłości do bliźniego oddaję to co moje i słuszne mi się należy, to aktem tym uznaję, że jest ktoś nade mną i Jemu oddaję mój czas i moje dobra, bo Idzie za mną mocniejszy ode mnie … wychodzę na pustynię, odkładam na bok kawałek moich nawyków, mojej własności, przyjemności, aby bardziej być dla Boga. (tutaj też na marginesie warto przypomnieć o czymś co dzisiaj często bywa mylone – dieta czy to dla zdrowia czy dla urody podejmowana, nie jest religijnym umartwieniem – to mniej lub bardziej skuteczne działanie zdrowotne) W umartwieniu, wyrzeczeniu religijnym chodzi tylko i wyłącznie o to, aby bardziej prawdziwym stanąć wobec Boga, grubszy – chudszy to już naprawdę mniej istotna sprawa.

Umartwienie, wyrzeczenie to są stare sposoby, ale też nikt do tej pory nic specjalnie lepszego nie wymyślił dla dawania świadectwa o pragnieniu spotkania z Bogiem. Ale o tym spotkaniu, a co za tym idzie o celu dla którego poszukujemy prawdy o sobie, to już w przyszłym tygodniu.

 

7 grudnia – …aby zaświadczyć o światłości…  (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. W poprzednich odcinkach: hasło NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ prowadzi nas do podejmowania wysiłku odkrywania siebie w świetle prawdy o tym, że jesteśmy Bożym stworzeniem. Próba odsłonięcia własnego życia, wyjścia na pustynię, gdzie wobec Pana Boga staję ja sam, a nie moje dokonania. I wreszcie było też o narzędziu takiego oczyszczenia siebie – jakim jest umartwienie, wyrzeczenie się dla Pana Boga właśnie.

Po co to wszystko? – odpowiedź może wydawać się banalna, ale chyba warto ją rozważyć. Mianowicie: po to, bym mógł spotkać się z Bogiem w moim życiu… aby wyznawana wiara była, jak najmniej zestawem przekonań, praktyk religijnych czy obrzędów liturgicznych, ale by stawała się autentycznym przebywaniem z Bogiem.

  1. I w tym miejscu trzeba chyba pewnego wyjaśnienia. Ostatnimi czasy podnosi się wiele głosów, które bardzo krytycznie oceniają, od wewnątrz niejako, współczesny Kościół. Wskazuje się wtedy przede wszystkim na powierzchowność bycia w Kościele, swego rodzaju tradycjonalizm tzn. zatrzymanie się na przeżywaniu tylko tradycyjnych wydarzeń (typu: ślub, chrzest, pogrzeb); dystansowanie się od wspólnoty kościoła, na zasadzie jestem katolikiem, ale to oni robią tak czy inaczej i mnie to nie dotyczy… i ta ocena oczywiście ma wiele uzasadnionych przesłanek, faktycznie w wielu wypadkach możemy znaleźć konkretne przykłady takich postaw i są one nawet liczne. Często też taka ocena bywa przerysowana, wyolbrzymiona, jednak coś w niej jest. Gdy uczciwie przyjrzeć się, najlepiej sobie samemu, to faktycznie w całym zaangażowaniu, pobożnym działaniu sporo znajdzie się rutyny, przyzwyczajenia, zaliczania obowiązku, zatrzymania się na tym co znane, bez pragnienia poszukiwania nowości, bez tęsknoty za tym co może być lepsze… to chyba też zjawisko, które ujawnia się w wielu działaniach społecznych, rodzinnych – gdy po pierwszym okresie zaangażowania przychodzi taka stagnacja, powtarzalność – wszystko już było… to tutaj właśnie jest miejsce na tę banalną z pozoru odpowiedź na pytanie po co angażować się w to powtarzane z uporem NAWRACAJCIE SIĘ – to jest przestrzeń, gdzie na nowo trzeba spotkać Boga.
  2. Trochę przypomina mi to powszechny motyw baśni, w wielu bajkach spotyka się moment gdy główny bohater, częściej bohaterka, zasypia… ukłuje się czymś, zje czego nie powinna, wejdzie gdzieś gdzie zakazano i zasypia, czasami przy nędznym współudziale złej macochy, czy innej jakieś wiedźmy…. Baśnie zaludnione są księżniczkami i królewnami, które zasypiają i to porządnie od razu na sto lat… w baśniach taki sen jest najczęściej synonimem śmierci i bywa zawsze wydarzeniem, które kończy jakiś etap w opowiadanej historii, czas oczekiwania, niepewności, zmagań… sen staje się czasem nic nie robienia… zakończyło się zaangażowanie, uciekanie przed niebezpieczeństwem, ukrywanie przed zła macochą i wszystko porastają kolczaste krzaki… Nie przypomina to Państwu trochę, taką właśnie sytuację, którą czasami zarzuca się współczesnemu Kościołowi, a w nim i nam samym: … nic nie robienie… brak zaangażowania, leży i śpi… a wszystko zaczyna porastać kolczastymi krzakami – może i faktyczne dałoby się odnaleźć w tej wizji kawałek siebie….

Jednak w baśniach zawsze zjawia się książę na białym koniu i, pod warunkiem że naprawdę kocha, może wybudzić ze snu śmierci, zrezygnowaną królewnę, pokrytą stuletnim kurzem, daje jej nowe życie i nową historię, gdzie zazwyczaj żyją długo i szczęśliwie… tyle baśnie, ale baśń zawsze opisuje ludzką rzeczywistość, która umyka czasami racjonalnym rozważaniom

  1. I to o tego księcia na białym koniu chodzi… o Kogoś kto pod warunkiem, że naprawdę kocha, może wyrwać mnie z niebezpieczeństwa mniej lub bardziej zakorzenionej stagnacji. To dlatego w III niedziele Adwentu, najważniejszym przypomnieniem w liturgii jest pawłowe: Zawsze się radujcie…, które każe nawet fiolet szat liturgicznych łagodzić do różu. Cały wysiłek nawracania się, streszcza się w owej radości spotkania Kogoś, kto naprawdę kocha. Dochodzimy w naszym rozważaniu do momentu najbardziej niebezpiecznego, bo łatwo każde słowo, które tutaj pada, potraktować jak wyuczony wierszyk. Ale to jest samo jądro Ewangelii – spotkać w życiu Jezusa, który budzi ze snu. To nie jest intelektualne poznanie prawdy o Zbawicielu, to nie jest zwyczajowy obrzęd, tradycyjne nawoływanie, to nie zestaw okolicznościowych formułek… to spotkanie dwóch osób, nie zawsze idealne, nie zawsze wygładzone, czasami naznaczone pytaniami, czasami podenerwowaniem… ale spotkanie, po którym nie wraca się do poprzedniej historii, już dłużej nie można się ukrywać, nie można uciekać… dalsza droga razem, co prawda nie sprowadza się do trywialnego: żyli długo i szczęśliwie… bo to nie jest baśń, to realne życie, gdzie trwanie u boku Boga domaga się wysiłku… (to zobaczymy mam nadzieję w przyszłym tygodniu), ale już dziś trzeba zauważyć
  2. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie…– przypominał to również w dzisiejszej Ewangelii św. Jan Chrzciciel – to ważne przypomnienie… faktem jest, że często mimo całego doświadczenia chrześcijaństwa jakie niesiemy na swoich barkach, nie znamy Jezusa… rysuje się on nam, albo jako daleki, wielki Bóg, albo dobrotliwy hipis, który nudnie powtarza nie martw, wszystko będzie dobrze i tak cię kocham… (oczywiście upraszczając niezwykle bogatą gamę istniejących wyobrażeń) Jezus zaś objawiający się w Ewangelii bywa raczej obcy… a przecież to nie przypadek, że wezwanie do NAWRÓCENIA związane jest z wezwaniem do WIARY W EWANGELIĘ. Faktycznie często, to doświadczenie życia w Kościele, które owocuje niekiedy stagnacją, obojętnością, duchową bylejakością, bierze się z prostego odrzucenia obrazu, który nie jest prawdziwy – podążając trochę wg. tych uproszczeń – wielki, daleki Bóg to faktycznie ktoś do odprawiania obrzędów – żeby mgły kadzideł zasłoniły przed nim nasze małe życie, które kształtujemy na naszą miarę; a nudny hipis, co prawda pociesza gdy nie wyjdzie, ale jak co do czego, to przecież jest tak samo bezradny jak każdy z nas – cudów brak.

Jezus Ewangelii to Syn Boży, który staje u mojego boku i chce żebym szedł przez życie tak jak On mnie prowadzi, żebym podejmował decyzje pytając Go o Jego zdanie, żebym oceniał własne możliwości według kryteriów, które On mi oferuje. Innymi słowy, żebym uwierzył w Ewangelię, przyjął ją jako PRAWDĘ, która niesie autentyczne życie, abym zechciał żyć w Światłości… owszem to cały proces, ale każdy proces musi się kiedyś zacząć, aby mógł się dokonać… i mam propozycję, aby zacząć od razu, a tam gdzie ktoś już wszedł na tę drogę, żeby ów proces zweryfikować i odświeżyć. Zacznijmy od wydaje się sprawy podstawowej – poznajmy Ewangelię – trzeba wziąć do ręki tę księgę, trzeba zacząć ją czytać… powie ktoś, nie rozumiem co czytam – to trzeba zapytać, poszukać odpowiedzi – zapraszam na Krąg biblijny w najbliższą środę po Roratach…. powie ktoś nie mam czasu, jestem zmęczony codziennością – zmień codzienność, inaczej się nie da, albo jestem panem mojego czasu albo jego niewolnikiem… powie ktoś, kiepsko widzę nie mogę czytać – zainwestuj w okulary, dla spotkania z Jezusem to niewielki koszt… powie ktoś, jestem biedny, nie stać minie na książkę Ewangelii – przyjdź tutaj, codziennie przy wyjściu leżą kartki z fragmentem Ewangelii na bieżący dzień… i można by te przeszkody mnożyć i na każdą jest odpowiedź… bo dzisiaj chodzi o to aby odważyć się i zaryzykować radość autentyczną, której zaledwie przedsmakiem jest śpiew proroka Izajasza

«Ogromnie się weselę w Panu,  dusza moja raduje się w Bogu moim,  bo mnie przyodział w szaty zbawienia,  okrył mnie płaszczem sprawiedliwości,  jak oblubieńca, który wkłada zawój,  jak oblubienicę strojną w swe klejnoty.

21 grudnia – …wtedy odszedł od Niej anioł… (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. Ostatnio zatrzymaliśmy się na konkretnym zadaniu poznawania Ewangelii, czytania jej, aby wejść na drogę autentycznej radości spotkania Jezusa – hasło NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ staje się konkretem życia, które ma zaowocować…

Dzisiaj zaś, na końcu adwentowego czasu musimy podjąć wysiłek, aby nie ulec pokusie podsumowań, bo chociaż to prawda, że kończy się okres w liturgii, należy powoli rozliczyć się z podejmowanych postanowień, podsumować bilans sukcesów duchowych i porażek (temu służą takie ważne czasy liturgiczne) jednakże sporym niebezpieczeństwem jest zamknięcie Adwentu w osobistym doświadczeniu i odłożenie go do magazynu aż do przyszłego roku. Pokusa to wielka, ale grozi zmarnowaniem podejmowanego wysiłku, lub jest znakiem, że nigdy nie dotknęło się nawet owego Bożego zaproszenia do Adwentu. W tej perspektywie Adwent pozostaje czasem otwartym…

  1. Jest taka, bardzo popularna można powiedzieć właściwie współczesna baśń, ostatnio rozreklamowana dodatkowo przez znaną ekranizacje, w której wątek otwartego adwentu, jest tak bardzo istotny i nie ukrywam, że często wracam do tej książki, w tym okresie. Mianowicie Władca Pierścieni Tolkiena… baśń, która doczekała się wielu interpretacji, odczytuje się w niej wiele wątków teologicznych…. Jej główny bohater – Frodo – musi uratować świat, niszcząc tytułowy pierścień, który jest symbolem władzy zła… na początku drogi towarzyszy mu drużyna – ośmiu przedstawicieli różnych ras, które zaludniają ów baśniowy świat, a są przeciwnikami zła… w całej tej bardzo długiej opowieści jest taka scena, gdy Frodo musi podjąć decyzję, wybrać drogę: może zniszczyć pierścień tylko w miejscu, które jest całkowicie opanowane przez Nieprzyjaciela a więc jednocześnie naraża się na prawie pewna śmierć i albo pociągnie za sobą drużynę wiernych i oddanych przyjaciół, albo zrobi to sam… wybiera samotną drogę, próbuje uciec przed przyjaciółmi, w efekcie prawie mu się udaje, ale jego wierny sługa nie pozwala mu na całkowitą samotność – we dwójkę wyruszają ratować świat… jest to oczywiście powieściowy zapis dylematu starego jak świat, obecnego od zawsze w sercu każdego kto ma do wypełnienia w życiu zadanie… ale chciałbym zwrócić dzisiaj uwagę na drobny szczegół:
  2. Mianowicie, w doświadczeniu duchowej drogi człowieka, gdy odkrywamy to Boże zaproszenie do pójścia razem, gdy podejmujemy wysiłek odkrycia tego autentycznego JA – ryzykując choć trochę odarcie z najróżniejszych masek i protez, którymi próbuje się zaczarować Pana Boga, i za którymi, czasami się człowiek chowa… gdy wreszcie odważymy się na konkretne poznawanie woli Boga wobec nas… gdy to nasze bycie chrześcijaninem zdaje się nabierać rumieńców – bo już to nie tylko odbębnienie pacierzy, odstanie w niedzielę na Mszy, ponarzekanie że zimno… ale widzę swoją mobilizację i staranie się, chcę aby moje życie było bardziej święte i przestaję się bać tego stwierdzenia, więcej gdy dostrzegając grzech we własnym życiu nie zniechęcam się tylko zaczynam kolejny krok pracy nad sobą wtedy zaczyna też czas otwartego adwentu… stajemy jak ten Frodo nad wielką rzeką i z całym dorobkiem osiągnięć, przyszłość rysuje się zamglona, paradoksalnie może dotknąć nas brak nadziei, bo oto konsekwencją wyborów chrześcijańskich, konsekwencją NAWRÓCENIA jest odrzucenie starego stylu życia, skoncentrowanego na własnym widzimisie. i czasami coś nam w sercu podpowiada, że to jakaś forma kary… nie będę mógł żyć tak, jak dotychczas… więcej, nie będę realizował swoich planów (bardzo dobrze ilustruje to scena z królem Dawidem: wybuduję świątynię – skądinąd bardzo pobożne przedsięwzięcie i dopowiedź Boga: nie ty wybudujesz mi dom, to ja tobie go wybudowałem… i nici z inwestycji która miała dodać blasku do imienia Dawida, a przy okazji oddać chwałę Jahwe) – i z takiego wewnętrznego zmagania bierze się niepokój czy mogę mój wybór, moją wierność Panu Bogu, moje chrześcijańskie życie proponować innym, bo przecież to takie wymagające
  3. Dylemat człowieka, choć tak bardzo zakorzeniony, wydaje się, w naszym doświadczeniu, wychodzi jednak z fałszywej przesłanki. Gdy ciągle, nawet w najpobożniejszych działaniach MY stajemy obok Pana Boga i próbujemy dokleić NASZE wysiłki do Niego. Bo ciągle wtedy JA i MOJE pomysły pozostają najważniejsze i ciągle wtedy skupiał się będę na moim zadaniu do wykonania, które prędzej czy później mnie przytłoczy… a zaproszenie Boga sięga głębiej: pozwól mi w twoim życiu działać… jesteś kobieta czy mężczyzną; żoną, mężem czy samotnym, młodym czy starym, pracujesz w takim czy innym fachu, jesteś emerytem czy na pełnym etacie czcigodnym dziadostwem… pozwól mi w twoim życiu działać… nie zaprasza nas Pan do tworzenia fikcji, konstruowania jakiś dziwnych pobożności nie z tego świata – chce aby moje życie było życiem Bożym a nie odwrotnie
  4. To jest moje zwiastowanie, niczym nie różni się ono od tego sprzed wieków… przychodzi Boży wysłaniec z przedziwną propozycją, tłumaczy ową logikę nie z tego świata, mówi o rzeczach niepojętych i domaga się nie osiągnięcia doskonałości, ale zgody na wspólną drogę Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego

Mój osobisty pomysł na zrealizowanie zadań, to moje życie a chodzi o to żeby to życie stało się Chrystusowe… anioł stoi i tłumaczy Maryi tak długo jak Ona sama kombinuje jak to wszystko jest możliwe. W chwili gdy Maryja podejmuje decyzję: niech mi się stanie według twego słowa odchodzi od niej anioł… bo Bóg w niej zamieszkał, bo Jej życie stało się Boże (a nie przestała przecież być, kobietą, żydówką, żoną)

Brzmi to abstrakcyjnie, ale też prosiłbym, prosiłbym bardzo, aby wyjść z tego etapu Adwentu z jeszcze jednym postanowieniem, SPRÓBUJCIE częściej niż obowiązek każe być przygotowanym do przyjęcia Eucharystii i przyjmujcie ją częściej niż tylko w niedzielę. Bo przecież o niczym innym tak naprawdę nie mówiłem dzisiaj. O cóż innego może prosić Pan gdy woła: pozwól mi w twoim życiu działać – toż to inna definicja Komunii św. – przyjmując ją nie staję innym człowiekiem, nie przyjmuję innego życia, nie zmieniam otoczenia ani towarzystwa – to życie ma szansę stać się Boże, w najprostszych tego przejawach. Jeżeli już podejmę wysiłek uwolnienia się od ewentualnych grzechów w moim życiu, poprzez spowiedź św. to karmienie się Ciałem Jezusa musi oddziaływać na codzienność – naprawdę trudno jest być bohaterem w pojedynkę, nawet najgorliwsze postanowienie poprawy, najbardziej konkretne plany pracy nad sobą długo nie pociągną, jeżeli nie Jezus będzie mógł działać w moim życiu. Bo życie Boże w nas to nie przenośnia a rzeczywistość, której niestety łatwo się pozbywamy

  1. Kończy się ten specjalny czas roku i za chwilę będziemy śpiewali że Bóg się rodzi, przyjmijcie Państwo najlepsze życzenia aby kolejne etapy czasu liturgicznego były coraz bardziej naznaczone osobistą zgodą na Boże życie w nas abyśmy mogli dzień po dniu, z czystym sercem powtarzać za św. Pawłem: Bracia:Temu, który ma moc utwierdzić was zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, […] niech będzie chwała na wieki wieków. Amen.

 

Odtworzenie kroniki parafialnej

W związku z uszkodzeniem poprzedniej wersji strony internetowej utraciliśmy dotychczasowe wpisy w ramach kroniki parafialnej. Poszczególne wpisy będą sukcesywnie uzupełniane gdy tylko uda nam się odzyskać zawartość naszej kroniki w wersji elektronicznej.