Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

Rekolekcje adwentowe w czterech odsłonach

Wierzę! czy Wierzę?- program na adwent życia

2 grudnia  (tekst poniżej)
9 grudnia (tekst poniżej)
16 grudnia  (tekst poniżej)
23 grudnia ( tekst poniżej)

2  grudnia (za ewentualne literówki przepraszam)

Proszę Państwa, oto miś

Miś jest bardzo grzeczny dziś

Chętnie Państwu łapkę poda

Nie chce podać – a to szkoda

Nie, nie oszalałem … to jeden z tych wierszyków, skądinąd bardzo znanych i zabawnych, które ilustrują potrzebę Adwentu: miły, sympatyczny… obojętny… stąd też konieczny jest właśnie taki czas w życiu wiary, jak czas oczekiwania – aby wyjść poza poszukiwanie „małej stabilizacji”, poza swego rodzaju „moszczenie się w wygodnym fotelu” i zobaczyć autentyczną, prawdziwą perspektywę – życie wieczne… bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu – jak już postępujecie – stawajcie się coraz doskonalszymi!

To jest rzeczywiste adwentowe zaproszenie do zaryzykowania czegoś więcej, niż tylko normalność i przeciętność . Niedawno ukazała się książka Szymona Hołowni (który akurat nie jest dla mnie jakąś wielką wyrocznią  w sprawach Kościoła) ale perspektywa, która tam została zaprezentowana zainspirowała mnie – mianowicie Autor w swojej podróży po świecie spotyka najróżniejszych ludzi i sytuacje wspólnot kościelnych rozsianych po zakątkach globu i zauważa rzecz wydawałoby się banalną, mianowicie to, jak bardzo zmienia się sposób patrzenia na otaczającą nas rzeczywistość z perspektywy innych,  jak bardzo Kościół a co za tym idzie nasze doświadczenie wiary może się realizować na różne sposoby, idąc dalej, jak istotnym jest, aby zadawać sobie pytanie o to co dla mnie znaczy wierzyć, żeby zrozumieć  w jakim miejscu się znajduję… więcej żeby podjąć decyzję o wejściu w rzeczywiste spotkanie z Jezusem Chrystusem a nie z jakimś Jego kiepskim wyobrażeniem (a  czasami z Jego karykaturą)

„Mała stabilizacja” skoncentrowana na problemie bycia grzecznym czy niegrzecznym,  tańcząca ciągle wokół tematów pobocznych i rozdzierająca szaty nad przejmującymi skądinąd, ale tylko jednostkowymi przejawami upadku, nie sprzyja odnalezieniu właściwych perspektyw. Stąd chciałbym w tym roku, sprowokowany oczywiście propozycją Ojca Świętego, obwołującego ten czas Rokiem Wiary, zaproponować refleksję wokół  tych fundamentalnych pytań, jakimi są pytania o doświadczenie wiary, właśnie w ramach tego czasu liturgicznego jakim jest Adwent – czas oczekiwania, ale też przygotowania na spotkanie z Jezusem. Innymi słowy czas na życie w całej pełni, tak bardzo i intensywnie, aby jak najlepiej ukształtować się na to co ma trwać przez całą wieczność. Zacznijmy zatem od początku, od próby definicji:

 

Wierzę… Deklaracja czy życie? – czyli o pytaniu będącym istotą adwentu

To nie jest tylko pytanie o moje postępowanie, a przynajmniej nie na początku. Gdy Jezus zachęca Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. Wychodzi poza nawoływanie do zwykłych praktyk religijnych, to nie jest zaproszenie na kolejne spotkanie modlitewne, gdzie jedyna różnica polegałaby na  tym, że po jego zakończeniu będzie już koniec świata. Czuwajcie i módlcie się… to wezwanie do radykalnej zmiany postawy, zmiany wręcz istoty sprawy. Koniec z pomysłami na własną rękę, koniec z eksperymentami, typu może trochę pożyję według zasad, trochę bez zasad, a potem zobaczę jak to będzie… kiedyś pewna leciwa już (przynajmniej z wyglądu) osoba taką właśnie mi teorię wygłosiła … że ona to jeszcze zobaczy… wtedy ze względu na domniemany wiek mogłem powiedzieć, że marne szanse na to czy zdąży zobaczyć cokolwiek… ale to nie w wieku problem. Jezus każdego z nasz zaprasza do konkretnych decyzji, do opowiedzenia się jaką postawę przyjmuję… to jest radykalne, jednak nie istnieje byt, który można by nazwać chrześcijanin, ale…

Bo można traktować wezwanie do wiary w sposób niezwykle racjonalny i patrzeć na nią, jako na zjawisko najbardziej naturalne na świecie, bo przecież wiele, jeżeli nie większość danych, które napływają z zewnątrz przyjmujemy na taką naturalną wiarę – na zasadzie nie mogę sprawdzić, więc przyjmuję do wiadomości, inaczej mówiąc wierzę, że tak było jak mówią…. ale Boże zaproszenie przekracza ten wymiar, czystej deklaracji, niezobowiązującego przyjęcia do wiadomości… bo wiara, o której mówi Jezus, to życie w którym z jednej strony przyjmuję do wiadomości Boże objawienie: owo słynne ze Starego Testamentu: Słuchaj Izraelu jam jest Pan Bóg Twój… słuchaj i przyjmij do wiadomości – uwierz a z drugiej strony podejmij wysiłek kształtowania siebie na obraz i podobieństwo Boże… to już nie tylko usłysz ale też żyj, zaangażuj się, przemieniaj to co do Bożego wezwania nie przystaje

Nie istnieją w Bożych planach przypadki, dlatego też nie jest przypadkiem, że właśnie na ten czas, jako swoiste hasło przypomina się słowa Ewangelii: wy jesteście solą ziemi…  jak zwraca uwagę ks. Arcybiskup, to nie są słowa propozycji, to stwierdzenie i jako takie, niezwykle wymagające… bo sól ma nadawać smak, nie musi być widoczna, nie musi się narzucać – ma  nadawać smak… jeżeli nie nadaje to jest do niczego… a z tego wyprowadzić możemy dwie istotne konsekwencje: pierwsza to konieczna obecność… nie istnieje wiara wirtualna na podobieństwo zalogowania do gry, na tyle ile mi się chce, na ile mi się podoba. Obecność to obowiązek, bo jeżeli coś ma smakować i ma być posolone to sól musi być a nie jeśli będzie uprzejma i miła to będzie. A druga konsekwencja to konieczna autentyczność… nie o formy przede wszystkim chodzi, bo przecież biały proszek niewiadomego powodzenia nie zastąpi soli… gdyby wiara była jakimś nieokreślonym zbiorem sloganów, albo co gorsza zestawem ni nie znaczących zachowań na nic się nie przyda,… autentyzm to gwarancja sensu, inaczej szkoda czasu na udawanie…

I tymi właśnie konsekwencjami zajmiemy się szerzej jak Bóg pozwoli, w przyszłym tygodniu podejmując rozważanie nt. wiary w Boga Ojca Wszechmogącego – czyli o szukaniu podstaw naszego adwentu

9  grudnia (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. Gdy w ubiegłym tygodniu stawialiśmy sobie pytania o wiarę, rozumianą jako wezwanie do radykalnej zmiany postawy wobec Pana Boga, doszliśmy do punktu mówiącego o owocach takiej zmiany: mianowicie o koniecznym obowiązku i koniecznej konsekwencji. Zgodnie z zapowiedzią, skoro już Pan pozwolił nam dożyć tej niedzieli, zajmijmy się nimi, poszukując w przeżywanym Adwencie podstaw naszego życia z Bogiem
  2. Często opowiadają taką anegdotę z życia św. Augustyna: Kiedyś Augustyn miał przechadzać się nad morzem próbując zrozumieć tajemnicę Trójcy św., tajemnicę Boga samego. Chodząc tak po plaży zobaczył w pewnym momencie małego chłopca, który wygrzebał w piasku plaży maleńki dołek i niewielką muszelką przelewał wodę z morza do tego dołka.

 – „Co ty robisz dziecko?” – pyta go Augustyn

– „A, jak widzisz, przelewam morze do dołka” – odpowiada chłopczyk.

– „Czy ty myślisz, że tą małą muszelką przelejesz to ogromne morze do tego maleńkiego dołka?” – pyta ponownie Augustyn.

Na co chłopczyk rezolutnie odpowiada:

– „Prędzej ja przeleje tą muszelką całe morze do tego maleńkiego dołka, niż ty zrozumiesz tajemnicę Trójcy Świętej”.

  1. I coś w tym jest… gdy stawiamy przed sobą pytanie o źródło życia z Bogiem, stawiamy się trochę w miejscu małego dziecka, które nieracjonalnie przelewa ocean do dziury w ziemi przy pomocy małej muszelki – ale też trudno sobie nie zadać pytania o to dlaczego wyznaję wiarę, dlaczego jestem wierzący… mówiąc inaczej jakie są podstawy mojego szukania relacji z Panem Bogiem. Oczywiście że nie jesteśmy w stanie znaleźć odpowiedzi wyczerpującej, bo nieogarniony jest Ten, który pozwala nam spotkać się ze sobą – Bóg Wszechmogący, ale biada nam gdy nie staniemy wobec tej tajemnicy z naszym pytaniem dlaczego?
  2. Opatrznościowo temat dzisiejszy zbiegł się z uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP – święta, które pokazuje pierwszy i chyba najważniejszy kierunek szukania odpowiedzi. Ta tajemnica życia Maryi, Jej absolutna bezgrzeszność, wolność od grzechu pierworodnego, podpowiada nam że szukamy Boga, bo człowiek stworzony został, jako niepokalany, bez grzechu, bez zła a to oznacza, że w planach Bożych, tak jak je poznaliśmy w Objawieniu Bożym, człowiek miał istnieć w bezpośredniej bliskości ze swoim Stwórcą – biblijny obraz mówi że „przechadzał się po ogrodzie w Bożej obecności”, również dzisiaj w liturgii Mszy św. pobrzmiewa echo tęsknoty za tym czasem, gdy w czasie Eucharystii modlimy się: ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia i dziękujemy, że nas wybrałeś, abyśmy stali przed Tobą i Tobie służyli. Stać wobec Boga, móc z Nim rozmawiać bez ograniczeń, to nie jest jakiś mistycyzm, ale wpisany w naturę ludzką stan.  Z radością bowiem poprowadzi Bóg Izraela do światła swej chwały z właściwą sobie sprawiedliwością i miłosierdziem. – oczywiście, już ląduję na ziemi… dzisiaj daleko nam nawet do pragnienia takiej bliskości… w większości wypadków jesteśmy tak skupieni na tym co nas dotyka w naszym życiu, że nawet nie czujemy większego braku bliskości z Panem Bogiem… to są te wszystkie sytuacje, które możemy skrótowo opisać hasłem nie miałem czasu na… (modlitwę, Mszę św., pobożną lekturę itp.) albo drugie hasło: no jeszcze muszę (iść na Mszę, wypełnić przykazania, albo zachować post itp.) Innymi słowy, lekceważenie spraw Bożych lub traktowanie ich jak uciążliwego balastu…

Można powiedzieć jeszcze inaczej: łatwo w całym tym rozgardiaszu życia zapomnieć o obecności Boga – to nie jest równoznaczne z brakiem wiary, (bo w końcu wierzę, że w Chrzcie św. zostałem obdarzony tym darem) to oznacza, że nie stawiam się na spotkanie – nieobecny i niekonsekwentny… a czekający, obecny Bóg został wystawiony do wiatru… no właśnie, wielu ludziom wydaje się, że to Bóg został pozostawiony samemu sobie i nie zauważają często, że to człowiek  jest samotny… jednak jedno jest ewidentne, konieczna obecność, o której wspominałem w ubiegłym tygodniu, to nie dodatkowe obciążenie i tak przeładowanych kalendarzy, ale cześć odpowiedzi na pytanie o sens wiary… muszę szukać relacji z Bogiem, bo to jest moja natura, takim stworzył Bóg człowieka, aby mógł się z Nim spotkać, „przechadzać po ogrodzie”, aby być częścią Bożego życia… a nasza reakcja przypomina trochę postawę zbuntowanego nastolatka: na złość mamie, odmrożę sobie uszy, bo w gruncie rzeczy tak można by streścić postępowanie, które nazywamy grzechem.

  1. Absurdalność takiego zachowania oczywiście wyraźnie widać w podobnym ujęciu, w rzeczywistości, każdy z nas gdy przychodzi co do czego i tak będzie miał setki uzasadnień dlaczego nie mogę stawić się na spotkanie z Bogiem… jednak czas Adwentu to czas wielkiej nadziei, po raz kolejny bowiem przypomina, że Bóg Wszechmogący jest Bogiem cierpliwym i stąd z mocą musi zabrzmieć izajaszowe wołanie cytowane dzisiaj przez Jana Chrzciciela: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! […] wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże. Bo wyznanie wiary w Boga Wszechmogącego oznacza, że mogę przypomnieć sobie jakim chce mnie Bóg… że mogę odnaleźć siebie takim jakim On mnie chce… tylko dlatego że Bóg nie wycofuje swoich zobowiązań jakie powziął wobec swego stworzenia, nawet wtedy gdy stworzenie zapomniało o Jego obecności… ale o owym obrazie Bożym to już może za tydzień… ufając z wielką nadzieją, że Pan Bóg pozwoli nam kontynuować nasz Adwent na tej ziemi, gdy rozważać będziemy tajemnicę wiary w Jezusa Chrystusa

16  grudnia (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. Gdy dzisiaj docieramy do trzeciej niedzieli Adwentu, zwanej w tradycji Gaudete – radujcie się, stajemy w samym centrum tego czasu, o którym przyjęło się mówić: radosny czas oczekiwania (na marginesie, takie określenie wprowadza sporo zamieszania, no bo często trudno pogodzić ów tradycyjny wymiar pewnego umartwienia adwentowego, wyrzeczeń i postanowień, które mają nas duchowo przygotować na spotkanie z Jezusem, z wezwaniem do radości) ale właśnie to naturalne zderzenie trudu przygotowania, przemieniania, udoskonalania swego życia z autentyczną radosną nadzieją na Boże życie, stanowi najwłaściwszy kontekst dzisiejszego rozważania… bowiem chciałbym dzisiaj, abyśmy zatrzymali się nad pytaniem: po co właściwie jest nam potrzebne jakiekolwiek oczekiwanie na Boga? A zatem o celu naszego adwentu – również w tym wymiarze szerokim, ogarniającym całe życie
  2. I tutaj muszę zacytować jedno z moich ulubionych zdań Jana Pawła II (to zdanie towarzyszy mi od ponad ćwierć wieku gdy po raz pierwszy usłyszałam je właśnie tutaj w naszej parafii w czasie kursu lektorskiego). Mianowicie bł. Jan Paweł II powiedział niegdyś: Sami nie wiecie jak piękni jesteście gdy żyjecie w świetle Ewangelii i Eucharystii. I coś w tym jest… próbowałem w ubiegłym tygodniu pokazać to pierwotne powołanie człowieka do bliskości i zażyłości z Bogiem… dzisiaj chciałbym pójść dalej… to nie tylko zażyłość na zasadzie dostąpiłem zaszczytu pogadania z Kimś wielkim… chodzi o coś znacznie więcej, Bóg uczynił człowieka na swój obraz i podobieństwo… niektórzy Ojcowie Kościoła – ci pierwsi teologowie z początku chrześcijaństwa, odważali się nawet używać takiego plastycznego wyobrażenia – że gdy Bóg stwarzał człowieka zapatrzył się na swego Syna Przedwiecznego… człowiek stał się podobny do Wszechmogącego – i wymienia się wiele płaszczyzn tego podobieństwa, ale najważniejszymi są zawsze nieśmiertelność i wolność – dwie cechy, których nic w tym świecie nie może sobie uzurpować. Nieśmiertelny i wolny może być Bóg i człowiek… brzmi to mam nadzieję niezwykle radykalnie… bo tak jest, nawet jeżeli człowiek otrzymał te cechy w niezasłużonym darze, to otrzymał je bezwzględnie – przed nimi zatrzymuje się nawet Wszechmogący Bóg i konsekwentnie pozwala człowiekowi dokonywać wyboru, nawet jeżeli jakiś nasz wybór jest niezgodny z Jego świętą wolą i pozostawia nam życie wieczne, podtrzymuje w istnieniu, nawet jeżeli istnieje możliwość, że jakiś człowiek podejmie decyzję, że na całą wieczność nie chce służyć Bogu (wtedy mówimy o piekle) również podtrzymuje w istnieniu. Staliśmy się obrazem Boga – Imago Dei – i taki ma być człowiek, takim go chciał Bóg… a cały problem w tym, że wolna wola zadziałała i podjął człowiek decyzję wbrew woli Boga, zdecydował, że wie lepiej, i jakby tego było mało, uznał że to co Stwórca mu ofiarował może zaszkodzić – inaczej – dał, człowiek sobie wmówić, że Bóg czyniąc go podobnym do siebie miał jakieś podejrzane podteksty, że chciał go jakoś wykorzystać….
  3. I od tego momentu trzeba zmienić formę mówienia: już nie jakiś człowiek, jakiś Adam z raju, ale trzeba przejść na pierwszą osobę… bo tak naprawdę w tym miejscu istotą sprawy jest odkrycie, że to ja jestem dziedzicem najpierw owego podobieństwa, obrazu Boga, a potem że to ja również bardzo często (dokładnie tak często jak mam nieszczęście zgrzeszyć) daję sobie wmówić, że wola Pana Boga jest dla mnie niebezpieczna i ja wiem lepiej… to nie jest taka teoria, jak by się mogło wydawać … proszę przyjrzeć się przy najbliższej spowiedzi uważnie swoim grzechom, takie jakie one tam są… gdy to zrobimy uczciwie zawsze znajdziemy konkretny moment, w którym podejmuję decyzję o odrzuceniu Bożych przykazań – owszem czasami nawet nie zwracam już na to uwagi, ale to tylko znak, że przyzwyczaiłem się do własnego grzechu… to jest to konkretne wydarzenie, przez które zacieram Boże podobieństwo, nadal jestem nieśmiertelny i wolny, ale przestaję z tym być szczęśliwy, bo nie widzę sensu takiej nieśmiertelności i wolności… to podobne jest to używania lustra. z którego ta srebrna warstwa zeszła… jakbym się nie wpatrywał to zawsze najpierw zobaczę ciemne smugi… w skrajnych wypadkach, których niestety nie jest mało, człowiek tak bardzo boi się wiecznego życia, że wmawia sobie, iż tylko na tej ziemi wypełnia się wszystko i tak bardzo boi się wolności, że nie potrafi zauważyć wolności innych ludzi i zaczyna się trucie o tolerancji…
  4. I po tym długim może wstępie czas na najważniejsze: Radujcie się zawsze w Panu; […] Pan jest blisko! […]pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. Bo Jezus przyszedł po to aby zatarty obraz Boga w nas przywrócić, aby przypomnieć co to znaczy być wolnym, co to znaczy żyć na wieki… dlatego pokazuje każde wydarzenie, które nas od Boga oddala, pokazuje grzech i mówi: żałuj, zmieniaj się – odpuszczają ci się twoje grzechy. Dokładnie tak jak zapowiadał Jan Chrzciciel: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie…
  5. To istotne pytanie po co czekać na przyjście Pana; ale jeszcze bardziej istotna jest odpowiedź, która przypomina, że Bóg nie zapomniał o człowieku: Sami nie wiecie jak piękni jesteście… ale muszę stanąć w świetle Jezusa: Słowa Bożego i Eucharystii, trzeba zobaczyć w tym świetle jaką głupotę zrobiłem odwracając się od Boga, aby piękno mogło zostać przywrócone, aby blizny, pryszcze i zmarszczki starego, grzesznego człowieka zniknęły i tylko Ten, na którego zapatrzył się Stwórca może to zrobić, bo za nas umarł i dla nas Zmartwychwstał…. a piękno jest po to, aby je pokazywać, a nie w żadnym wypadku chować do szafy… co mam nadzieję potwierdzą wszystkie panie tu obecne… ale o tym już w przyszłym tygodniu

 

23 grudnia (za ewentualne literówki przepraszam)

  1. Lądujemy powoli z czasem adwentowym, na różnych płaszczyznach kończą się przygotowania a co za tym idzie zaaferowanie sięga niekiedy szczytu – wystarczy zobaczyć wielkie galerie i parkingi obok nich… chociaż nasza refleksja nad adwentem życia z jego zasadniczym pytaniem o wiarę w Jezusa dociera do punktu, który trudno nazwać finałem. Owszem kończy się Adwent, za chwilę radosna nowina o Narodzeniu Boga wśród ludzi wybrzmi i w liturgii, i w kolędach, i w rodzinnym świętowaniu, jednakże to akurat nie koniec… i tak bardzo dzisiejsza Ewangelia przypomina o konsekwencjach uczciwej odpowiedzi na zaproszenie Boga… ten dzisiejszy fragment trzeba by czytać i czytać nieustannie:
  2. W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy… – bo nie da się usiedzieć w domu, gdy człowiek odkrywa w sobie ogień. Gdy autentycznie decyduję się na spotkanie z Panem Bogiem, gdy robię choć krok poza utarte schematy, przyzwyczajenia… poza to nieszczęsne minimum z religijnego hipermarketu – w stylu spowiedź na święta, paciorek rano i wieczorem, brak kiełbasy w piątek i jeszcze 45 minut w niedziele w kościele…. nie da się usiedzieć w domu… wystarczy, aby zaangażować się choć trochę ponad przeciętność i już chciałoby się podzielić tym z innymi – czasami wygląda to jak chęć pochwalenia się – ale tak chyba jest; wielkie rzeczy uczynił mi Pan – pozwolił się lepiej zobaczyć, przypomniał mi jak pięknym mnie chce

Owo zaangażowanie w rozpoznawanie Bożego wezwania to nie są nadzwyczajności, przypomina mi się znana już właściwie opowieść o spotkaniu Karola Wojtyły z dr Wandą Półtawską, gdy ona szukając kierownika duchowego i spowiednika, natrafiała w konfesjonale na młodego wówczas księdza, a ten na prośbę o pomoc nie powiedział: przychodź do mnie, pokażę ci jak żyć, wymyślę receptę na twoje problemy, ale miał wtedy krótko powiedzieć: przychodź codziennie na Mszę św.. – żadnych cudów, poważne zaproszenie – to wystarczy aby krok po kroku odkrywać w sobie autentyzm Bożego wezwania i zacząć nim żyć…

  1. Bo gdy człowiek odkrywa w sobie Ogień to zaczyna podpalać świat: [Maryja ]Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Boże piękno w człowieku jest zaraźliwe, dotyka innych, nie znosi wokół próżni, pragnie spotkania… niekoniecznie akcji i manifestacji, niekoniecznie tłumów i skandowania haseł (choć i to czasami musi się zdarzyć) bo zaraźliwość chrześcijańskiego piękna bierze swój początek z fascynacji, która jest darem Boga… Duch Św. napełnił Elżbietę… czasami utożsamiamy sobie działanie Ducha św. ze spektakularnym działaniem, z ruchami odnowy, nadzwyczajnymi znakami, zapominając że za każdym razem gdy wyznajemy wiarę w Boga powtarzamy – Wierzę w Ducha Świętego Pana i Ożywiciela… bo daje On życie, autentyczne życie a nie religijną wegetację – przyjęliśmy ten dar na Chrzcie św., na Bierzmowaniu tylko czy … no właśnie, czy, zdołam się w tym roku tak bardzo pochylić, aby dostrzec Nowonarodzonego, przysypanego górą świątecznych zwyczajów, opłatków, prezentów, karpi, wzruszeń, porządków itp…. bo tak naprawdę dzisiaj w tym miejscu docieramy do zasadniczego pytania każdego Adwentu, na które nie odpowie zbiorczo żaden kaznodzieja: wierzysz, że Bóg tak bardzo cię pokochał, tak bardzo chce cię mieć za dziecko, że posyła swojego Syna na ten świat? Wierzysz, że twoje życie, twoje decyzje, twoja wola, jednym słowem tylko ty, możesz odpowiedzieć na Boże wezwanie? Wierzysz, że po to Bóg dał dar, abyś nie siedział w miejscu zadowolony z małej stabilizacji, ale żebyś podpalał świat fascynacją Boga?

Bo powtórzę raz jeszcze: Ty jesteś solą ziemi... a to przecież oznacza, że nawet najświeższa, najbardziej słona musi być posmakowana, aby miała sens.

Powtórzę raz jeszcze: sam nie wiesz jak piękna jesteś, jak piękny jesteście, gdy żyjesz w świetle Słowa Bożego i Eucharystii, – a to przecież oznacza, że w krąg tego światła trzeba coraz głębiej wchodzić.

  1. (Chciałbym, żebyśmy dzisiaj zabrali do domów ze sobą materialny znak… paczuszkę soli, nie jest to cudowna, święta sól – zwykła, kuchenna, do tego mała porcja… ale połóżcie ją na wigilijnym stole, żeby przypominała o istotnym pytaniu, na które można odpowiedzieć tylko osobiście…) [Wiem, że nie spełniam jednego z podstawowych zadań kaznodziejstwa i przez te cztery adwentowe niedziele nie dałem pomysłów na życie, a dzisiaj zostajemy do tego z pytaniem, na które możemy odpowiedzieć tylko osobiście.] Ale to pytanie musiało paść, bo od odpowiedzi zależy, czy przy Nowonarodzonym staniemy w charakterze wołka i osiołka, czy też przyjmiemy Go jako Brata i Zbawiciela.